Grudniowa sobota chyliła się ku końcowi. Mój 10-miesięczny synek zapadł w poobiednią drzemkę. Nie wiedziałam wtedy, że przyjdzie mi go zobaczyć i przytulić dopiero za cztery miesiące. Byłam w 20. tygodniu ciąży, świetnie się czułam. Drugi trymestr to przecież najlepszy czas dla brzemiennej kobiety.
Wyszłam na spacer. Mąż i 12-letnia córka zostali w domu. — pomyślałam. Od dwóch dni przypuszczałam, że mogę mieć jakąś delikatną infekcję dróg rodnych, choć nie miałam żadnych dolegliwości bólowych. Tak samo bywało w poprzednich ciążach.
SMS-y nadziei
— Ma pani dwa centymetry rozwarcia, widać pęcherz płodowy. Musi pani zostać w szpitalu. Niestety, sączą się też wody płodowe. Rokowania są złe — usłyszałam w izbie przyjęć.
Powiadomiłam męża. Obiecał, że zaraz znajdzie opiekę dla dzieci i przyjedzie.
— Jest sześć centymetrów rozwarcia, pęcherz płodowy wyszedł poza szyjkę, prawdopodobnie zaraz będzie pani rodzić — usłyszałam jakieś pół godziny później na sali porodowej na którą mnie przywieziono.
— Nie chcę rodzić — płakałam, zdając sobie sprawę, że moje dziecko w 20. tygodniu ciąży nie ma szans na przeżycie poza moim łonem.
— Położymy panią głową nieco w dół i uniesiemy biodra, podamy też profilaktycznie leki przeciwskurczowe, ale nic więcej nie możemy zrobić. Przy sączących się wodach i tak dużym rozwarciu utrzymanie ciąży jest praktycznie niemożliwe — powtórzył mi wyrok drugi lekarz i dodał z zakłopotaną miną: — Ale proszę starać się o tym nie myśleć. Cuda się zdarzają.
Czyli pozostał nam tylko cud — przeszło mi momentalnie przez głowę. Będziemy więc błagać o ten cud i go otrzymamy. Wierzę w to! Wierzę! Jestem tego pewna!
Zaczęłam gorączkowo rozsyłać SMS-y do wszystkich znajomych z Kościoła, których miałam na liście kontaktów. Potem zaczęłam wysyłać SMS-y także do innych osób.
Chcę dać odczuć memu Bogu, jak bardzo wierzę, że On to da nas uczyni — myślałam.
„Módlcie się, proszę was gorąco, módlcie się, wierzcie i w modlitwie nie ustawajcie. Przekazujcie dalej moją prośbę. Niech wszyscy, którzy mogą, modlą się i głęboko wierzą, że Pan wysłucha tej modlitwy” — pisałam w SMS-ach.
Zatelefonował mój mąż.
— Co się dzieje? Wszyscy dzwonią do mnie przerażeni i pytają co się stało. Nie denerwuj się. Odpoczywaj. Niedługo będę.
Wpuszczono go do mnie na porodówkę tylko na chwilę. Z uwagi na szerzącą się grypę wprowadzono zakaz odwiedzin, więc został nam tylko telefon.
— Niech nie dzwonią, tylko się modlą — rzuciłam zdesperowana. — Niech nie ustają w modlitwie, tego nam teraz najbardziej potrzeba.
Kolejny wyrok
— Dobrze, że nie pojawiają się skurcze — powiedział lekarz. — To dobry znak. Rozwarcie dzięki wysoko uniesionym biodrom też zmniejszyło się do czterech centymetrów, ale pęcherz płodowy nadal wystaje poza szyjkę i te sączące wody... One uniemożliwiają założenie szwu szyjkowego — tłumaczył mi lekarz dyżurny.
Nastała noc. Obok za szybą kobiety rodziły dzieci. Dopadł mnie kryzys. Całą noc nie spałam, słysząc krzyk kobiet i płacz rodzących się dzieci. Tak im zazdrościłam. Płakałam za każdym razem, gdy słyszałam krzyk narodzonego dziecka. Całą noc po głowie tłukły mi się myśli. A jeśli jednak się urodzi teraz? Czy prosić lekarzy, aby mi je położyli na sercu i by zasnęło w spokoju, słysząc jego bicie? Czy oddać je pediatrom, by je ratowali z dala ode mnie, choć i tak nie ma szans na przeżycie?
To było straszne — musieć podjąć taką decyzję.
Nastał ranek. Moje dziecko przeżyło w mym łonie kolejne 12 godzin. Za dwa tygodnie pojawią się szanse na jego przeżycie poza łonem. Cóż to są dwa tygodnie? W moje myśli znowu powróciła nadzieja. Znowu zaczęłam wierzyć, że Pan dokona dla nas cudu. Przecież już dokonał. Lekarze dyżurni myśleli, że urodzę jeszcze poprzedniego dnia, a moje dziecko wciąż spokojnie rozwija się w moim łonie. Będzie dobrze. Na pewno. Odzyskałam wiarę w cud.
Kolejny lekarz dyżurny i kolejny wyrok:
— Możemy podtrzymywać tę ciążę, jeśli nie ma skurczy, tak długo, aż nie wda się u pani jakiś stan zapalny. Wtedy będziemy „to” musieli zakończyć. W takiej sytuacji szanse są naprawdę niewielkie, ale proszę się nie załamywać, za pół roku będzie mogła pani ponownie zajść w ciążę.
— A może jednak szew szyjkowy? — zapytałam przez łzy.
— Przy sączących się wodach płodowych nikt na świecie pani tego nie założy. Za 24 godziny mielibyśmy u pani stan zapalny, a zaraz potem może i sepsę — odpowiedział.
Dziesięć punktów
Leżałam, modląc się dalej o cud. Skurcze nie następowały. Wieczorem przewieziono mnie na salę przedporodową. Minęła kolejna noc. Zaczął się ruch od rana, bo był to już poniedziałek, zwykły dzień pracy. Tuż przed obchodem przyszła pielęgniarka.
— Weźmiemy panią na badanie. Profesor chce panią zbadać.
— Pęcherz płodowy wystaje poza szyjkę, ma kształt klepsydry. Moim zdaniem dziura w pęcherzu jest gdzieś na dnie macicy. Szyjkę da się naciągnąć, choć to nie będzie łatwe — mówił profesor do otaczającego nas grona lekarzy.
Potem zwrócił się do mnie:
— Możemy spróbować założyć szew szyjkowy. To jedyna szansa, by uratować ciążę. Zdarza się, że pęcherz płodowy się zasklepia. Będziemy często kontrolować, czy nie rozwija się u pani stan zapalny po tym zabiegu.
Oczywiście zgodziłam się. Teraz miałam leżeć płasko, jak najmniej przewracać się na bok, w ogóle nie wstawać. Przez 10 dni. Stan zapalny się nie rozwijał, ale wody wciąż się sączyły, więc profesor podjął decyzję, że raz dziennie muszę mimo to wstawać, by nie robiły się przykurcze i zakrzepy.
Brałam antybiotyki, leki na podtrzymanie ciąży. Co kilka dni kontrolowano mi krew i robiono wymazy.
Mimo że wstawałam raz dziennie, po kolejnych trzech tygodniach wody przestały się sączyć, a po następnych trzech wypisano mnie do domu z zaleceniem leżenia. Tak dotrwałam do końca ciąży.
Niemal codziennie dostawałam SMS-y: „pamiętamy”, „modlimy się za was”.
Lekarze w szpitalu nazywali mnie szczęściarą, a ja wiedziałam, że to szczęście to dar od Pana.
W terminie, z 10 punktami, pojawiła się na świecie nasza Martusia. Zupełnie zdrowa. Chwała niech będzie Panu za Jego potężną moc i bezmiar Jego miłości do ludzi.
Magdalena Nowicka
|