Byłem w raju
Wpisany przez Maciej Strzyżewski   

Amerykanie wierzą, że w każdej chwili może wydarzyć się coś, co odmieni ich życie, i tak się często dzieje. Czasami zdarza się to także Polakom.

Góral z Zakopanego po wyjściu z lotniska w Chicago zauważył na chodniku banknot pięciodolarowy. Zacznę schylać się od jutra — pomyślał i poszedł dalej. Więcej banknotów już nie znalazł.

Frustracja

Na początku lat 90. rozbiłem drogi samochód kolegi. W jednej chwili utraciłem błogi smak dzieciństwa. Aby zarobić na długi, wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, żeby zbierać banknoty na ulicach, ale żadnych, podobnie jak góral, nie znalazłem. Pracowałem w Nowym Jorku w wegeteriańskiej restauracji na Manhattanie oraz jako niańka i gospodyni domowa w Wirginii, lecz w ten sposób nigdy nie wyszedłbym z długów. Każdego dnia chodziłem do biblioteki Columbia Union College, aby przeglądać prasę pod kątem ogłoszeń o pracę. Wykonywałem dziesiątki telefonów. Przez pół roku obchodziłem sklepy i pizzerie, ale nikt dla mnie nic nie miał. Frustrujące uczucie.

Pewnej nocy dostałem telefon od dziewczyny, którą poznałem w polskiej ambasadzie. Poinformowała mnie, że na Florydzie jest praca. Natychmiast zadzwoniłem. Człowiek powiedział, abym jak najszybciej przyjechał i przywiózł ze sobą tylu ludzi, ile to tylko możliwe. Niebo zaczęło być mi wyraźnie przychylne.

Mieszkałem wówczas w Waszyngtonie u pewnej wdowy, której pomagałem ogarnąć jej dwóch nastoletnich synów. W pobliskim college’u miałem wielu znajomych. Chodziłem z nimi na zajęcia oraz uczelniane imprezy. Zapraszali mnie na śniadania i obiady do swoich rodzinnych domów. Przyjemnie było przebywać w środowisku ustawionych Amerykanów i niechętnie stamtąd wyjeżdżałem. Życie było bogate, ale bez grosza przy duszy.

Japonka Chika kupiła mi bilet na autobus. Kochana dziewczyna — po raz kolejny bardzo mi pomogła, rozumiejąc dobrze sytuację, w jakiej się znajdowałem. Sama kiedyś w takiej była. Podróż zajęła mi 35 godzin — mijałem piękne tereny Południowej Karoliny i Georgii. Klimat wyraźnie się zmieniał. Robiło się coraz cieplej.

W potrzasku

Człowiek, który wyjechał po mnie na przystanek, miał na imię Janusz. Mieszkał razem z Markiem. Miałem zatrzymać się u nich przez dwa dni, a potem przeprowadzić się do innego mieszkania, do człowieka, z którym miałem pracować.

Wszystkie ściany były wytapetowane rozkładówkami z magazynów dla mężczyzn. Obydwaj bardzo dużo palili. Nigdy nie pozwalali otwierać okien, mimo że na zewnątrz było 25 stopni Celsjusza. Większość czasu byli zalani w trupa. Jeden z nich był na rencie i z tego żyli. W Polsce mieli żony i dzieci, które zostawili 11 lat wcześniej. Tak jak wielu innych pojechali do Ameryki jedynie na pół roku, aby zarobić trochę pieniędzy i wrócić. Nie wrócili. Chodzenie po bagnach wciąga. Pili i łajdaczyli się z czarnymi narkomankami. Nawet pracować im się już nie chciało.

Dni mijały, a pracy wciąż nie było. Z powodu dymu nie mogłem wytrzymać w domu, a w nocy spać. Mężczyźni byli coraz bardziej nerwowi. Pewnego dnia Marek chwycił mnie od tyłu i przyłożył mi nóż do gardła. Powiedział, że jest mu wszystko jedno, co się stanie, gdyż i tak już raz siedział w więzieniu. Janusz z trudem go uspokoił.

Po dwóch tygodniach tego koszmaru padłem załamany na kolana i płacząc, pytałem Boga, dlaczego mi się to wszystko przytrafiło. Znalazłem się w potrzasku, w jakim dotąd nie byłem. Nie miałem rodziny, przyjaciół, znajomych ani pieniędzy na powrót.

Amerykański sen

W niedzielę rano Janusz obudził mnie po pijanemu, tak dla zabawy, i powiedział, abym poszedł do kościoła. Mimo że powiedział to złośliwie, był to dobry trop ku wyjściu z kłopotów. Przez dwie godziny chodziłem wśród sięgających po horyzont papierowych domów, aż w końcu natrafiłem na mały kościółek o nazwie Calvary Foursquare Church.

Muzyka zachęcała do wejścia. Kazanie miał jeden z tych dynamicznych amerykańskich kaznodziejów, którzy machają marynarką nad głową, a potem ją rzucają. W tym wypadku on jeszcze po niej chodził. Po nabożeństwie wiele osób podeszło do mnie, interesując się moim losem. Obiecali pomoc. Wstąpiła we mnie nadzieja.

We wtorek odwiedziłem pastora Rona w jego biurze. Rozmawialiśmy przez godzinę, po czym wsiedliśmy do samochodu. Po 20 minutach zatrzymaliśmy się przed białym domem. Ron zapukał do drzwi. Otworzyła starsza kobieta o długich rudych włosach, ubrana w dżinsy i flanelową koszulę. Rozmawiali o mnie. Nie wyglądała na zaskoczoną ani zdziwioną. Zaprosiła nas do środka. Weszliśmy do przestronnego pokoju z dużym oknem, białą wykładziną i dużym, podwójnym białym łóżkiem.
— Podoba ci się tutaj? — zapytała.
— Tak, bardzo. To bardzo piękny pokój.
— Widzę, że ci się nie podoba — odpowiedziała.
Otworzyła drzwi i z sypialni weszliśmy prosto do ogrodu. Na jednych drzewach błyszczały pomarańcze, na innych w donicach wisiały kwiaty, na kolejnych dojrzewały papaje, a u sąsiada za płotem banany. Rozejrzałem się dookoła i trudno było mi w to wszystko uwierzyć. W końcu był luty. Wtedy dostrzegłem tabliczkę z napisem: Eden. Wszystko było jasne. Pośrodku ogrodu stał maluteńki domek. Po stromych schodach wchodziło się do przeszklonej kuchni, a potem do maluteńkiej sypialni, przy której znajdowała się maluteńka łazienka. — Podoba ci się tutaj? — Gina zapytała ponownie. — Bardzo przytulne miejsce — byłem pod wrażeniem. — To jest dla ciebie. Tutaj zamieszkasz. — Tutaj jest fantastycznie, ale nie mogę tutaj zamieszkać. Zbyt dobre warunki. Jedyne, co potrzebuję, to kawałek suchej podłogi z dywanem w pokoju bez dymu. Mam śpiwór. Wyśpię się, odpocznę, znajdę pracę i wyprowadzę się. Nie chcę sprawiać kłopotu — starałem się być dobrze zorganizowany. — To miejsce jest dla ciebie. Zostań, bo ktoś chce się tutaj z tobą spotkać. — Gina odpowiedziała z przekonaniem. Ciarki przeszły mi po plecach. O co tu chodzi? — Będę sprzątała to mieszkanie, gotowała dla ciebie i prała twoje ubrania — kontynuowała z uśmiechem. — To niemożliwe! Nic nie będziesz tutaj robiła. — Będę, gdyż jest dla mnie najwyższym przywilejem zająć się osobą, którą przysłał mi Najwyższy.

Gina

Nie wiedziałem co myśleć o Ginie. Unikałem jej. Natychmiast zacząłem szukać pracy, ale sprawa wyglądała jeszcze gorzej niż w Nowym Jorku czy Waszyngtonie.

Zacząłem chodzić do kościoła Rona. Po każdym nabożeństwie ludzie rozmawiali ze mną i zapraszali do swoich domów. Ktoś wcisnął mi do kieszeni banknot dwudziestodolarowy. Były to jedyne pieniądze, jakie miałem. Za wszystkie kupiłem jedzenie.

Już od kilku dni nie widziałem Giny. Nie narzucała się. Jedzenie kończyło się. Na śniadanie zjadłem resztki. Na obiad nic już nie miałem. Nie wiedziałem co dalej robić. O 13.00 zapukała do moich drzwi Gina. W rękach miała garnek.
— Ugotowałam trochę warzyw i pomyślałam, że ci przyniosę.
Ciarki znowu przeszły mi po plecach. To już kolejny raz w ciągu kilku dni, kiedy precyzyjnie określa moje potrzeby. Skąd ona to wie? Przecież nawet jej nie mówiłem, że jestem wegetarianinem. Od tej pory byłem na nią otwarty. Chodziłem do niej na herbatę. Dużo rozmawialiśmy. Ta prosta kobieta, gdy mówiła o sprawach życia i śmierci, była mądrzejsza niż ktokolwiek inny, kogo spotkałem wcześniej. Na ścianie jej przedpokoju zobaczyłem dwa zdjęcia kobiety i mężczyzny. Wyglądali na lepsze towarzystwo. — Gina, kim są ci ludzie na ścianie? — zapytałem.
— To moje dzieci.
— Czym się zajmują? Wyglądają na osoby z pierwszych stron kolorowych magazynów.
— Córka jest wziętą aktorką telewizyjną, a syn pastorem, który pracuje z harleyowcami.
— Na czym polega jego praca?
— Sam jeździ na harleyu i opowiada o Bogu tym, którzy jeżdżą na dużych motorach. Ostatnio w wyniku jego pracy nawrócił się gang o nazwie Black Angels [Czarni Aniołowie — red.]. Byli naprawdę niebezpieczni. Teraz na swoich skórach mają napis: Angels of the Light [Aniołowie Światłości — red.]. Bardzo złagodnieli i pomagają ludziom.

Poprosiłem Ginę, aby opowiedziała mi o sobie. Przyniosła zdjęcia. Wyglądały jak kadry wzięte z filmu. Ta skromna kobieta w latach 60. wyglądała nie gorzej niż Marilyn Monroe.

Była żoną milionera, który miał słabość do mercedesów. Zbierał unikalne modele. Miał ich 17. Ona lubowała się w biżuterii z diamentami. W domu mieli 35 sypialni, każda z marmurową łazienką. Wkrótce mąż znalazł sobie młodszą kobietę i Gina w jednej chwili wszystko straciła. Nie miała ani pieniędzy, ani wiedzy, jak walczyć o swoje prawa. Tułała się. Wtedy znalazła Boga, który pozwolił jej przejść przez ten trudny czas. Wyciszyła się i spoważniała. Pewnego wieczoru siedziała w barze. Jeden z mężczyzn zaczął być w stosunku do niej bardzo uciążliwy. Ona, niska, szczupła blondynka, nie dawała sobie z nim rady. Wtedy pojawił się potężny, przystojny mężczyzna, którego pięść spadła na twarz tamtego. Poczuła się przy nim bezpiecznie. On spojrzał jej w oczy i powiedział:
— Pomóż mi, bo umieram.
Zabrał ją do swojego domu. Mieszkał w pałacu. Przed domem w ogrodzie znajdował się duży basen. Zapytała o jego zajęcie.
— Sprzedaję narkotyki i jestem od nich uzależniony. Pomóż mi, bo umieram — usłyszała w odpowiedzi.
Podczas wojny w Wietnamie Phil był komandosem w jednostce słynnych Zielonych Beretów. Robili makabryczne rzeczy. Żołnierze często wracali do kraju uzależnieni lub sfiksowani. W ojczyźnie nie znaleźli zrozumienia. Naród, który potępił wojnę, odrzucił ich. Wielu zeszło na przestępczą drogę, w tym Phil.
— Zostanę z tobą, jeżeli przestaniesz sprzedawać narkotyki — Gina postawiła warunek.
Przestał. W ciągu krótkiego czasu stracił wszystko, co miał. Zamieszkali na ulicy w samochodzie osobowym. Phil rano szedł do pracy, a potem wracał do samochodu. Tak było przez pół roku. Wówczas kupili domek, w którym teraz mieszkałem. Potem kupili sześć kolejnych, tym razem normalnych, dużych, białych, domów za jedną dziesiątą wartości. Kupno każdego to oddzielna historia — cud. Gina chodziła po ulicach i modliła się za ludzi. Często zabierała ich do tych domów, karmiła, pomagała i opowiadała im o dobrym życiu.
Na kolejnym zdjęciu Gina z dumą wskazała małe dziecko siedzące na kolanach mężczyzny:
— To jest mój wnuczek.
— Ale to jest John Travolta!
— Skąd znasz kolegę mojego syna?
— Wszyscy znają Johna Travoltę.
— Pierwszy raz słyszę — odrzekła Gina. — To jest mój wnuczek. Słodkie maleństwo.
Po którymś nabożeństwie zostałem zaproszony na obiad. Jeden z gości w dżinsowych spodniach i kurtce oraz długich włosach nie wyglądał na miejscowego. Podszedłem do niego, aby się zapoznać.
— Grasz w jakiejś kapeli? — strzeliłem.
— Teraz już nie. Kiedyś grałem w ZZ Top. Dawne czasy.

W nocy przeszedł huragan. Obudziłem się przerażony. Nie było światła. Do rana już nie spałem. Następnego dnia większość dróg była nieprzejezdna z powodu połamanych drzew.

Kilka dni później w nocy słyszałem strzały. Rano podali w telewizji, że na ulicy obok zginęły dwie osoby.

Uwolniony

Z Giną dwa razy w tygodniu jeździliśmy na spotkania pewnego kaznodziei, którego nauczanie sięgało najgłębszych pokładów ludzkiej duszy. To nie była religia, to było życie. Spotkania rozpoczynały się o 19.00, a kończyły po północy, ale nigdy nie było nudno ani męcząco. Ludzie otrzymywali odpowiedzi dotyczące swojego życia, wiele osób zostało uzdrowionych. Działy się rzeczy spoza naszej sfery pojmowania, których nie da się opisać ani wytłumaczyć.

Któregoś razu trafiłem do kościoła dla czarnych. Muzyka jak zwykle była z górnej półki. Nie wiadomo dlaczego, ale już na pierwszym spotkaniu poproszono mnie, abym przemówił do nich w kolejnym tygodniu. Nigdy wcześniej nie przemawiałem do nikogo, nawet po polsku. Dotąd nieśmiały i zakompleksiony, zgodziłem się jednak. Miałem stanąć przed grupą 400 osób i opowiedzieć o moich duchowych odkryciach. Słuchacze żywo reagowali, klaszcząc i krzycząc z radości. Jeszcze kilka tygodni wcześniej nie byłbym w stanie tego zrobić, ale zaszła we mnie jakaś zmiana. Nie poznawałem siebie. Zostałem uwolniony od moich ograniczeń. Przestałem bać się życia. Stało się to, co na początku zapowiedziała Gina.

Po dwóch miesiącach wyjechałem z Florydy jako nowy, inny człowiek. Wkrótce dostałem dobrą pracę w Chicago i w ciągu kilku miesięcy zarobiłem wystarczająco dużo pieniędzy na duże zakupy oraz na dwa lata utrzymania podczas studiów w Polsce, do której wróciłem z radością. Często myślę o Ginie, z którą nigdy później nie miałem kontaktu.

Maciej Strzyżewski

Komentarze (0)
Napisz komentarz
Twoje dane kontaktowe:
Komentarz:
  przewiń na górę ^