Córka Marnotrawna
Wpisany przez Beata Frańczak   

Historia prawie jak z Jezusowej przypowieści: zasmakowania w wolności od Ojca, rozczarowania, żrącego bólu i powrotu.

„Pewien człowiek miał dwóch synów. I rzekł młodszy z nich: Ojcze, daj mi część majętności, która na mnie przypada. Wtedy ten rozdzielił im majętność. A po niewielu dniach młodszy syn zabrał wszystko i odjechał do dalekiego kraju, i tam roztrwonił swój majątek, prowadząc rozwiązłe życie”.

Wielu młodych ludzi, patrząc w przyszłość, widzi góry możliwości, od których oddzielają ich nieprzebyte rzeki rodzicielskich zasad. Podobnie było z Anią. Wychowana w bardzo religijnej rodzinie, nie widziała początkowo możliwości innej drogi życia niż wybór wiary rodziców. I wszystko byłoby dobrze, gdyby się nie pojawił ten nieokreślony zew, tęsknota, a może tylko zwykła ciekawość. Nie za ciasno ci w tym Kościółku? Nie za nudno? Zero chłopców, na których można by zawiesić oko. Patrz, a tam na mieście ten przystojniak... Może by tak warto było?

Było warto. Przynajmniej do czasu. Potem pozostał jedynie ból rozczarowania tą miłością, co nią wcale nie była. Nie jesteś już potrzebna nikomu... Podeszła zbyt blisko skraju ulicy. Ale pęd przejeżdżającego tira rozwiał tylko jej włosy, a strach przywrócił chęć do życia. Dziecko, pozwól, abym to Ja o ciebie dbał...

Zlekceważyła jednak tamten głos, delikatny i cichy niby zefir. Bo nowa miłość na horyzoncie rozbłysła tęczą o wiele gorętszych obietnic. I tak została żoną Błażeja. Pierwszy zgrzyt pojawił się już podczas ślubnej ceremonii. Gdy należało mówić słowa, w które zupełnie nie wierzyła, całować obce symbole i klękać przed człowiekiem ubranym w złociste szaty, poczuła się tak, jakby żelazny młot spadł jej na głowę. Umysł wypełniała bez reszty jedna męcząca myśl: zdradziłaś swojego Boga. Usta szeptały płaczliwie: Ojcze, przebacz...

Błażej zabrał ją do swej rodzinnej wsi na drugim krańcu Polski. Dzięki kredytom i uciułanym z mozołem pieniądzom dorobili się malutkiego domku. Pokój z kuchnią. Dla niej, która kiedyś mieszkała w dwóch pokojach z dziesięcioosobową rodziną, to było istne gniazdko miłości. Tym razem prawdziwej, dobrej, wiernej. Żeby tylko uwieńczonej tak upragnionym dzieckiem! Tyle modlitw, tyle łez. Niby wierzyła w przebaczenie Boże — przecież On zawsze wybacza! Skąd wobec tego te wątpliwości, ten brak pokoju, to skręcające wnętrzności poczucie winy? Skąd?

Po kilku latach zaszła w ciążę i urodziła zdrowe dziecko. — Córeczko, czy nie widzisz, czy nie słyszysz, że ten świat nie idzie w dobrym kierunku? Częste telefony od mamy i studium Biblii na odległość uzmysłowiły jej, że pragnie powrotu do Kościoła i nade wszystko pokoju z Bogiem. Bo miała rodzinę, ale Jego w niej nie było. Bo Błażej pracował, ale wszystkiego brakowało, wszystko tak naprawdę się waliło, choćby nie wiadomo jak się starali. Jeśli Pan domu nie zbuduje, na próżno stara się człowiek. Taki jakiś pech.

***

„A gdy wydał wszystko, nastał wielki głód w owym kraju i on zaczął cierpieć niedostatek. (...) A wejrzawszy w siebie rzekł: Iluż to najemników Ojca mego ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Wstanę i pójdę do Ojca mego i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i przeciwko tobie”.

W tajemnicy przed mężem i za radą mamy postanowiła wspierać finansowo swój dawny Kościół. Jak masz wydać pięć złotych na byle co, to lepiej podaruj je Bogu. I ze zdziwieniem zauważyła, że wcale nie zbiednieli. Ich sytuacja finansowa nawet się lekko poprawiła. Próbowała wraz z mężem czytać Pismo Święte. Opowiadała mu o prawdach Ewangelii. Powiało jakąś świeżością, płomień nadziei się zatlił, wiara wzmacniała się. Nawet mimo tarć w rodzinie i głosów pełnych niechęci: Oto przyjęła ślub kościelny, a teraz, przechrzta jedna, wraca! Co tydzień obiecywali sobie, że odwiedzą Kościół jej mamy. Był całkiem niedaleko. Lecz albo za zimno było, albo samochód się zepsuł, albo autobus nie pasował. Może kiedyś, może za rok, jak będzie ładna pogoda... Raz nawet była tak blisko, że wystarczyło tylko przekroczyć próg. Mama poszła na nabożeństwo, ale ona się cofnęła. Poszła na zakupy, po nowy telewizor. Mówiąc prawdę, w miejscowości mamy chodziła do jej Kościoła, ale tu coś ją powstrzymywało. Daj spokój, ludzie z wioski cię zobaczą i dopiero szwagier będzie miał używanie! No tak, ten to nie przepuścił żadnej okazji, by dogryźć Błażejowi: Ja bym tam wiedział, jak taką żonę usadzić. A on, w przeciwieństwie do brata, był cichy, skryty, nie skarżył się, tylko popijał coraz częściej. Dlatego żyła podwójnym życiem. Nikomu nie poleca, bo było tak ciężko.

Któregoś dnia mąż, zawodowy kierowca, stracił prawo jazdy. Za jazdę po pijaku. Jeśli wcześniej była bieda, to teraz doczekali się prawie nędzy. Dosłownie nie było co do garnka włożyć. Jednak jakimś cudem a to ktoś pożyczył im pieniądze, a to ktoś inny przyniósł jedzenie dla dzieci. Niemal w ostatniej chwili. Ona widziała w tym dowód Bożej litości, na którą nie zasługiwała. On zamknął się jeszcze bardziej i pił coraz częściej. Pracę miał tylko dorywczą. Musieli wziąć kolejny kredyt. W tych miesiącach troski o byt, pilnowania pijanego Błażeja, by sobie nic nie zrobił, zupełnie nie zwracała uwagi na jego dziwnie czasem brzmiące słowa. Zwłaszcza gdy mówił je na trzeźwo: Chodź, nauczę cię piłą ciąć, bo może ci się to przydać. Albo pytał swoją siostrę, czy zajmie się jego dziećmi. Albo pytał kolegę, czy zna dobrego psychologa.

Również tego zimowego wieczoru nie miała żadnych przeczuć. Modliła się tylko machinalnie, aby sobie jakiejś krzywdy nie zrobił. Znów był pijany. Chodził po podwórku, nie chciał wejść do domu. — Nie mam już tam czego szukać. Coś go męczyło, jakieś wycie w duszy... Powiedział, że idzie porąbać drewno. Gdy długo nie wracał, uparcie dzwoniła. Przysłał SMS-a: Pamiętaj, że cię kocham i szanuję. Tknięta złym przeczuciem szła przez ciemne podwórze z telefonem przy uchu, dzwoniąc do Błażeja. Gdy usłyszała dźwięk jego komórki, skierowała swe kroki ku piwnicy. Weszła tam... Tak bardzo nie chciałaby już pamiętać tego widoku. Choć dygotała z przerażenia, dzwoniąc po pogotowie, siliła się na spokój, aby tylko nie przestraszyć córeczek. Starsza wprost uwielbiała tatę.

Ani pogrzeb, ani wciąż świeży grób długo nie były dla niej realnym dowodem, że go już nie ma. Tak trudno było jej uwierzyć, że ten miły, spokojny chłopak mógł popełnić samobójstwo. I nawet to zaplanował. Ludzie walczą o zdrowie i życie w szpitalach, a on pogardził tym darem. To się Ani nie mieści w głowie i z tym nigdy się nie pogodzi.

Została sama z długami, bez pracy, bez grosza przy duszy, z maleńkimi dziećmi. Może to dziwne, ale nie miała pretensji do Boga. Miesiąc po śmierci męża wsadziła dzieci do niewielkiej spacerówki i nie patrząc na zimno, na spóźniający się bus, pojechała do najbliższego zboru na nabożeństwo. Stanęła w drzwiach, taka niziutka, a jeszcze mniejsza z nieśmiałości. Ojcze, już jestem...

***

„Już nie jestem godzien nazywać się synem twoim, uczyń ze mnie jednego z najemników swoich. Wstał i poszedł do ojca swego. A gdy jeszcze był daleko, ujrzał go jego ojciec, użalił się i pobiegłszy rzucił mu się na szyję, i pocałował go”.

Czy teraz, po latach smutku i niewielu radości, uwieńczonych taką tragedią, żyła Ania długo i szczęśliwie? Niestety, nie tak od razu. Majowa powódź zmyła z posad stojący w pobliżu wiślanego wału dom, unosząc nawet ich rodzinne zdjęcia. To, czego się dorabiali tyle lat, przepadło w jedną noc. Znów trzeba było podjąć walkę z bólem, niepewnością jutra, poczuciem kompletnej klęski. Ale tym razem nie była sama, choć tak po ludzku samotna. Czuła już Bożą obecność i wraz z nią kojące przebaczenie. Niech się dzieje, co On chce. I tak faktycznie jest! Państwo daje pieniądze na remont, banki zgadzają się na odroczenie kredytów, firma ubezpieczeniowa obiecuje zwrot kosztów za stracony dobytek. Nie jest jeszcze różowo, ale już jakaś zorza na dotąd mrocznym niebie rysuje lekką kreskę. Może ten potop będzie początkiem nowego życia? Może za jakiś czas w nowym domu, na nowym fotelu usiądzie Ania z nowiutką Biblią w ręce i przeczyta: Oto wszystko nowym czynię!

„Ojciec zaś rzekł do sług swoich: przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie też pierścień na jego rękę i sandały na nogi, i przyprowadźcie tuczne cielę, zabijcie je, a jedzmy i weselmy się. Dlatego, że ten syn mój był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się weselić”.

Beata Frańczak

[Podobieństwo o synu marnotrawnym — Ewangelia Łukasza 15,11-32].
Komentarze (0)
Napisz komentarz
Twoje dane kontaktowe:
Komentarz:
  przewiń na górę ^