Pocałunek pokoju (ZC 9/08)

Różne mogą być obrazy wojny, jedne przerażające, a inne tchnące nadzieją.

Wybierając w środku lata temat dominujący w tym wrześniowym numerze „Znaków Czasu”, a mianowicie wojnę, nie przypuszczałem, że gdy przyjdzie mi pisać felieton wstępny — a zwykle robię to pod koniec przygotowywania numeru — w Gruzji wybuchnie zupełnie nowa wojna. Zresztą nikt tego nie przypuszczał. Wszyscy żyli raczej oczekiwaniem na rozpoczęcie olimpiady w Pekinie, na pokojowe, pełne fair play zmagania sportowców. A tymczasem świat obiegły informacje, że już pierwszego dnia walk w Osetii zginęło ok. półtora tysiąca ludzi, a Rosjanie w odpowiedzi bombardują nie tylko gruzińskie obiekty wojskowe, ale również zwykłe, cywilne bloki mieszkalne.

Jeśli jeden obraz miałby wystarczyć za tysiące słów, to obrazem tej wojny — przynajmniej dla mnie — pozostanie pokazywany w wiadomościach z pierwszych dni walk widok rozpaczającego mężczyzny, który siedząc na ziemi, na tle zbombardowanych domów, przytula martwe ciało kogoś bliskiego. (Boże, nigdy nie chciałbym czegoś takiego doświadczyć). I kolejny obraz — płaczącej staruszki, która w tym samym bombardowaniu straciła dorobek całego swojego życia. Jeśli wojna potoczy się dalej, korespondenci wojenni dostarczą nam następnych zdjęć — pięknych miast obróconych w ruinę, a przede wszystkim zabitych, rannych i okaleczonych ludzi. Czemu to ma służyć?

Zapewne zaraz przyjdą niektórym do głowy takie słowa jak: patriotyzm, honor, ojczyzna. Polacy — o zgrozo! — dodają jeszcze do nich słowo Bóg (obecne chyba na wszystkich naszych sztandarach bojowych), tak jakby obowiązkiem Boga było zawsze stać po naszej stronie i firmować nasze wojny, a wszyscy, z którymi kiedykolwiek walczyliśmy, byli bezbożnikami. Czy to aby nie taka nasza wersja „Gott mit uns”?

W ogóle jeśli mowa o patriotyzmie, to mam wobec tego pojęcia mieszane uczucia. Jako wychowanemu na książkach o Prasłowianach, Polsce Piastów, Polsce Obojga Narodów, na trylogii Sienkiewicza, Polskiem Państwie Podziemnym Korbońskiego i wielu podobnych pojęcie to jest mi bardzo bliskie. Podoba mi się pokojowe manifestowanie postaw patriotycznych: odtwarzanie w naturalnej scenerii scen walk powstania warszawskiego, wywieszanie flag biało-czerwonych z okien prywatnych mieszkań z okazji świąt państwowych, defilady, mundury. Jako dziecko ze wszystkich podwórkowych zabaw najbardziej lubiłem tę w wojnę, a w lunaparku istniała dla mnie tylko strzelnica. Strzelanie z wiatrówki do tarczy lubię zresztą do dziś. Z drugiej jednak strony, wcale nie tęsknię do bycia zmobilizowanym na wypadek konfliktu zbrojnego i strzelania do ludzi i choć rozumiem rozliczne korzyści polityczne z udziału naszego kraju w wojnach w Iraku i Afganistanie, to przecież nie muszę być i nie jestem z tego udziału zadowolony. Coraz bardziej też niepokoi mnie zbliżanie się kolejnych wojen do naszych granic. Irak i Afganistan może wydają się być daleko, ale Gruzja — choć to Kaukaz — znalazła się w konflikcie z Rosją, naszym sąsiadem i przez 45 lat po wojnie „gościem”.

Owo zmieszanie patriotyzmem „wojennym”, czyli takim popychającym do wojny i ją usprawiedliwiającym, jeszcze bardziej pogłębiają moje niedawne lektury, wśród nich Powstanie Warszawskie 1944 Normana Davisa oraz książka napisana przez byłego niemieckiego snajpera walczącego podczas II wojny światowej na froncie wschodnim (tytułu, niestety, nie pamiętam). W obu można znaleźć opisy i relacje żołnierzy niemieckich, ukazujące ich jako ludzi tak samo czujących, bojących się, kochających, tęskniących, uwikłanych wbrew sobie w niechcianą wojnę, na której wybuch nie mieli żadnego wpływu. Między innymi dlatego zdecydowanie wolę pokojowe i bardziej pozytywistyczne formy manifestowania patriotyzmu, takie jak działania na rzecz zgody narodowej i międzynarodowego pokoju oraz budowanie dobrobytu własnego kraju i jego obywateli.

Wybieranie wojny jako sposobu rozwiązywania konfliktu zwykle nie wychodzi nikomu na dobre. Dlaczego? Bo z reguły wojna nigdy nie kończy się wtedy, gdy tego chcemy, ani tam, gdzie chcemy, ani w sposób, w jaki chcemy. Wojna ma bowiem tendencję do eskalacji, rozszerzania się poza zakładane pierwotnie granice — te terytorialne i czasowe. Można by w tym miejscu zadać sobie kilka pytań z zakresu political fiction. Na przykład: Czy Gruzini weszliby do Osetii, gdyby wiedzieli, że Rosjanie wejdą do Gruzji? Czy Niemcy rozpoczęliby w 1939 r. wojnę, gdyby wiedzieli, że zginie ich 20 milionów, a ich kraj będzie przez 45 lat podzielony? Czy przywódcy powstania warszawskiego zdecydowaliby się je rozpocząć, wiedząc, że zginie prawie 200 tys. mieszkańców Warszawy, a ona sama zostanie do cna zburzona?

Dzień po rozpoczęciu olimpiady, w sobotę, gdy w Osetii trwały już zacięte walki, w parku Morskie Oko na Mokotowie, w Warszawie, miała odbyć się rekonstrukcja historyczna walk powstańczych. Ponieważ mieszkam niedaleko tego parku, wybrałem się tam na spacer z psem. O planowanej imprezie nic nie wiedziałem, więc widok „powstańców” i „żołnierzy niemieckich”, transporterów opancerzonych i motocykli z czasów II wojny światowej trochę mnie zaskoczył. Za chwilę miała się rozpocząć rekonstrukcja. Teren walk został odgrodzony, publiczność licznie zgromadzona stała gotowa. Jeszcze w ramach przygotowań paru „żołnierzy” postanowiło sprawdzić, czy ich broń działa, oddając kilka strzałów. Choć strzelano ślepakami, to huk był całkiem prawdziwy, a mój pies niemal oszalał i chciał uciekać, gdzie pieprz rośnie. Musiałem szybko odprowadzić go do domu.

Można powiedzieć, że pies jest głupi, bo nie rozumie, że to tylko taka zabawa, że to nie naprawdę i nie trzeba uciekać. Ale to może właśnie on zachowuje się naturalnie: gdy słyszy huk, ucieka, bo instynktownie wie, że huk towarzyszy czemuś niebezpiecznemu dla życia. Niestety, my w swej ludzkiej mądrości nauczyliśmy się panować nad naturalnymi instynktami ratowania życia, potrafimy ignorować oznaki niebezpieczeństwa, lekceważyć strach, racjonalizować i usprawiedliwiać wojnę. Tylko co z tego mamy? Ostatecznie śmierć bliskich, zgliszcza i wyrzuty sumienia, że braliśmy w niej udział, że robiliśmy rzeczy, których nigdy nie powinniśmy byli robić. Może jednak mój pies wcale nie jest taki głupi.

Ponieważ temat jest zbyt poważny, by kończyć go tak „pod psem”, nawiążę do wspomnianych obrazów wojny. W pamięci ludzkiej na pewno pozostanie jeszcze jeden, tym razem budzący nadzieję widok — stojących na podium dla zwycięzców Rosjanki i Gruzinki składających sobie gratulacje i całujących się na znak pokoju w czasie, gdy ich kraje ze sobą walczą. Gest sportsmenek przywodzi mi na myśl święty pocałunek, o którym pisał apostoł Paweł1, i zakończenie I Listu Piotra: „Pozdrówcie się nawzajem pocałunkiem miłości. Pokój wam wszystkim, którzyście w Chrystusie”2.

1 Zob. I Kor 16,20.
2 I P 5,14.
Komentarze (0)
Napisz komentarz
Twoje dane kontaktowe:
Komentarz:
  przewiń na górę ^