Terapia miłością
Wpisany przez Krzysztof Kudzia   

Spotkałem kiedyś człowieka, który odbył osiem terapii odwykowych i nadal pił. Przyszedł do mojego punktu poradnictwa rodzinnego i zadał mi pytanie: „Co ze mną jest nie tak, że nie potrafię się wyleczyć”?

Aby znaleźć odpowiedź, musimy cofnąć się w czasie i sięgnąć do pewnej historii. „W XIII wieku panował na Sycylii Fryderyk II, który władał biegle wieloma językami. Był on przekonany, że każdy człowiek przychodzi na świat z wrodzoną znajomością jakiegoś starożytnego języka. (...) Uczenie się jest więc potrzebne tylko po to, aby doskonalić wrodzony język”1. Aby to sprawdzić, Fryderyk II przeprowadził dość okrutny eksperyment. Otóż grupie biologicznych matek odebrano noworodki i oddano je pod opiekę matkom zastępczym. „Miały one opiekować się dziećmi w milczeniu, nigdy nie mówiąc do nich ani nie pozwalając im usłyszeć ludzkiego głosu”2. Oczywiście Fryderyk II chciał, aby dzieci przemówiły swym naturalnym, starożytnym językiem, ponieważ nie były teraz niczym „skażone”. Kroniki podają jednak, że eksperyment się nie powiódł. I to nie dlatego, że dzieci nie rodzą się z takimi zdolnościami. Przyczyna była inna. Jak zanotował kronikarz, „trudził się on [król] na próżno, ponieważ wszystkie dzieci umarły”3.

Prawda to czy legenda? Nieco więcej światła rzucają bardziej współczesne zapisy.

W 1760 roku pewien hiszpański duchowny napisał, że „w domu dla podrzutków dzieci stają się osowiałe i wiele z nich umiera ze smutku”4.

W 1915 roku jeden z lekarzy szpitala Johna Hopkinsa w Baltimore zauważył, że 90 proc. niemowląt przyjętych do sierocińców umiera w ciągu pierwszego roku. Kiedy dzieci zabierano z domu do szpitala, to stopniowo stawały się apatyczne, przygnębione, łapały infekcje dróg oddechowych i dotykała je gorączka niewiadomego pochodzenia. Działo się tak, mimo że były prawidłowo odżywiane. Kiedy dzieci wracały do domu, objawy chorobowe ustępowały bez żadnych lekarstw.

Rene Spitz i Katherine Wolf przeanalizowali historie 91 niemowląt, które w latach 1945-46 zostały porzucone na terenie Kanady i USA, a następnie trafiły do specjalnych domów opiekuńczych. Dzieci te charakteryzowały: wysoki poziom niepokoju, przygnębienie, bezsenność, odrętwienie, a nawet patologiczna niedowaga i opóźnienia w rozwoju fizycznym. „Pomimo dobrego wyżywienia i troskliwej opieki lekarskiej 34 niemowlęta z 91 zmarły, większość w okresie od 7 do 12 miesiąca życia”5.

Czego tym wszystkim dzieciom brakowało? Niewątpliwie nie umiały one żyć bez głosu swoich matek, ich uśmiechu, czułego dotyku i życzliwości. Wszystko to określamy jednym słowem: miłość. Bóg wiedział, że miłość jest niezbędna dla człowieka, by mógł się rozwijać emocjonalnie, fizycznie, psychicznie i społecznie. Jej brak powoduje w nas patologie. Jej obecność leczy nasze „szaleństwa”.

Miłość o wielu twarzach

Problem jednak w tym, że — powtarzając za grupą De Mono — „kochać to nie znaczy zawsze to samo”. Istnieją bowiem różne rodzaje miłości, a za nimi idą różne konsekwencje. Język grecki ma wiele odmiennych słów na określenie różnych rodzajów miłości. Epithymia to miłość zmysłowa, fizyczna, oparta na wzajemnym pożądaniu cielesnym. Eros to miłość romantyczna, gdy znajdujesz się na „chmurce nr 12”, a w brzuchu czujesz latające motylki. Dominującą rolę odgrywa tu sentyment, tęsknota, oczarowanie, pragnienie coraz większej pełni. Fileo to miłość wolna od seksu i zmysłowości, przyjacielska, bezinteresowna, lojalna i wierna; to miłość przyjaźni, która stanowi podstawę każdego związku. Taką miłością darzy człowieka Bóg Ojciec6, tak kochał swego przyjaciela Łazarza Jezus Chrystus7. Storge to miłość dająca poczucie bezpieczeństwa; słowa tego używa się na określenie miłości, jaką darzą się długoletnie małżeństwa. Agape to miłość bezinteresowna i bezwarunkowa, która kocha za nic.

Pewnego dnia do poradni, którą prowadzę, przyszło małżeństwo. Tragedia żałoby i smutku wypełniała ich twarze i ciała. Dwa miesiące wcześniej ich 20-letni syn, jedyny zresztą, popełnił samobójstwo na budowie ojca. Zakochał się bez wzajemności w narkomance. Tragedię pogłębiał fakt, że był on naprawdę kochany przez rodziców i czuli się oni w pewien sposób zdradzeni przez syna, który „wybrał” śmierć dla obcej dziewczyny („takiej” dziewczyny) zamiast życie dla nich. Ból ich straty był tak wielki, że przez kilka sesji siedzieliśmy często w milczeniu i bezsilności, pozwalając, by czas goił te rany.

Gdzie popełnił błąd ten młody człowiek? Otóż pomylił on różne rodzaje miłości. Epithymia i eros nie mogą napędzać naszego życia, bo prędzej czy później doprowadzi to do tragedii (wiedzą już o tym seksoholicy).

Miłość uwarunkowana daje nam na początku nadzieję („Ktoś mnie kocha! To wspaniałe!”; „Jestem wyjątkowa/wyjątkowy!”), potem rodzi szok i rozczarowanie („Jak nie będziesz robić tego lub tamtego, to nie będę mógł/mogła cię kochać”), a na końcu przynosi ból, rozdarcie, zawód i cierpienie („On/ona nie kocha mnie takim, jakim jestem, tylko za coś lub dla czegoś!”). Oczywiście uodparnia i zamyka nas to na miłość, która może przyjść następnym razem, bo któż z nas chciałby ponownie cierpieć? Mamy wtedy do wyboru cztery opcje:

• wariant unikowy (uciekamy przed najdrobniejszymi objawami uczuć);
• wariant wyprzedzający — zadajemy pierwsi cios, gdy tylko podejrzewamy, że coś jest na rzeczy (niektórzy kończą swoje związki w ich pełnym rozkwicie, bojąc się ewentualnej porażki; zachowują w ten sposób poczucie kontroli nad swoim życiem, nie oddając jej innym);
• wariant usztywniony (choćbyś nie wiem, jak się starał, w bliskości z tymi ludźmi masz wrażenie, że wychowywały ich manekiny lub drewniane kołki);
• pozostanie wrażliwym i otwartym, pomimo doświadczeń z przeszłości, że miłość wiąże się również z cierpieniem.

Nietrudno chyba zgadnąć, który z tych wariantów ma najwięcej sensu, ale także który z nich jest najtrudniejszy.

Będziesz agape...

Każdy konstruktor pojazdu określa rodzaj paliwa, jakiego potrzebuje jego wynalazek. Jesteśmy stworzeni przez Boga, który również określił rodzaj naszego „paliwa”. Zawarł On to w dwóch prawach życia. Pierwsze z nich mówi: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego z całej duszy swojej i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie”8.

Pomyślmy, które z greckich słów zostało użyte tu jako „miłował”: epithymia, storge, eros, fileo czy agape? Zastanawiałem się kiedyś, czy Bóg jest sprawiedliwy, „żądając”, byśmy kochali Go z całego serca, siły, umysłu i duszy miłością agape — tak, tego właśnie słowa użył Bóg w przykazaniu! Potem doszedłem do wniosku, że jest to jedyna sensowna opcja. Jeśli bowiem kochałbym Boga miłością uwarunkowaną, wówczas traktowałbym Go jak maszynkę do spełniania życzeń. Gdyby ich nie spełniał, moja miłość by się skończyła.

Ale jest też drugie prawo: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”9. Jakie słowo greckie zostało tutaj użyte na wyrażenie słowa „miłość”? Agape bliźniego swego jak siebie samego. I oto bardzo ważne pytanie: czy kochasz siebie bezwarunkowo?

Każdy z nas ma swoje piwnice. Nie myślę tu oczywiście o piwnicach, w których przechowujemy ziemniaki. Myślę o piwnicach, które chowają nasze najskrytsze „zbrodnie”: zdrady, wstydliwe czyny, czarne marzenia. Czy kochasz siebie mimo tych zbrodni? Nie za to, że takie one są i że są częścią ciebie, ale mimo to? Bóg chce, abyś kochał siebie miłością bezwarunkową. To nie oznacza oczywiście, że mamy kochać te wszystkie podłe rzeczy. Czyż Bóg nie ukochał grzeszników taką właśnie miłością?

Przyznam szczerze, że najskrytsza głębia mojego jestestwa, moja dusza i całe moje ciało tęsknią i wzdychają do tej przepięknej miłości. Pragnę, by znalazł się ktoś, kto znając całą prawdę o mnie, ukochałby mnie właśnie w taki sposób. Dlaczego więc mimo to doświadczam tej miłości tak mało? Problem nie leży w jej braku na świecie, ale w mojej postawie. Biblia mówi: „Albowiem tak Bóg umiłował (agape) świat...”10. Świat wypełniony jest więc miłością bezwarunkową. Problem w tym, że ja nie potrafię jej przyjmować. Dlaczego? Ponieważ ona mnie zarówno pociąga, jak i przeraża. Oto wraz z nadejściem tej miłości pojawiają się w mej głowie różne myśli. Czy zasługuję na taką miłość? Jak za nią odpłacę? (uwaga: warunek!). A co, jeśli ona mnie zmieni? Kim będę? Czy będę się sobie podobał? Miłość bezwarunkowa nie manipuluje innymi i nie podlega manipulacji — czy więc chcę takiego życia, czy potrafię z tego zrezygnować? Wreszcie — i to jest chyba najgorsze — miłość bezwarunkowa przychodzi do mnie tylko w postawie pełnego otwarcia z mojej strony oraz podatności (wrażliwości) na bycie zranionym ponownie i ponownie, i ponownie. To naprawdę napawa mnie lękiem. A ciebie? Wypełnianie przykazania miłości do Boga, bliźniego i siebie samego oznacza kochanie i bycie kochanym pomimo cierpienia. Tylko taka miłość może leczyć stopniowo moje szaleństwa. Popatrzmy na prawdziwe przykłady uzdrowicielskiej mocy miłości bezwarunkowej.

Z życia wzięte

Rzecz dzieje się w dawnym Związku Radzieckim w ośrodku wychowawczym dla młodocianych psychopatów. Dyrektorem ośrodka jest Antoni Makarenko. Postanawia on ponownie przyjąć chłopca, który jakiś czas temu został wyrzucony za kradzież. Po dwóch tygodniach od ponownego przyjęcia Makarenko zawołał Szymona:
— Masz tu upoważnienie. Otrzymasz w Wydziale Finansowym pięćset rubli.
Szymon otworzył usta i zbladł, poszarzał i powiedział zmieszany:
— Pięćset rubli? I co?
— I nic więcej — odrzekł Makarenko, wskazując szufladę. — Przywieziesz je tutaj.
Przed wieczorem Szymon wszedł do gabinetu w krótkim przepasanym kożuszku, szczupły i zgrabny, ale z ponurą twarzą. W milczeniu położył na stole paczkę z pieniędzmi i rewolwer, który miał mu służyć do obrony w razie napadu. Makarenko wziął paczkę do rąk i zapytał najobojętniejszym głosem, na jaki było go stać:
— Liczyłeś?
— Liczyłem.
Dyrektor niedbale wrzucił paczkę do szuflady.
— Dziękuję, że pojechałeś. Idź na obiad.
Szymon Karabanow nie wiadomo dlaczego przesunął pasek z lewej strony na prawą, przeszedł się po pokoju i powiedział cicho:
— Dobra.
I wyszedł.
Minęły dwa tygodnie. Szymon, spotykając dyrektora przy różnych okazjach, witał się nieco ponuro, jakby go coś krępowało. Wkrótce potem został ponownie wezwany do gabinetu.
— Pojedziesz ponownie i przywieziesz mi dwa tysiące rubli.
Szymon długo i z oburzeniem patrzył na dyrektora Makarenkę, potem powiedział wolno, kładąc nacisk na każde słowo:
— Dwa tysiące! A jeżeli nie przywiozę pieniędzy?
Makarenko zerwał się z miejsca i krzyknął na niego:
— Proszę cię, bez idiotycznych pomysłów. Dostajesz polecenie. Idź i rób, co każę. Nie ma co bawić się w psychologię! Karabanow wzruszył ramionami i wyszeptał niezdecydowanie:
— No cóż...
Za jakiś czas wrócił z pieniędzmi. Kiedy je przyniósł, rzekł:
— Przeliczcie.
— Po co? — rzekł Makarenko.
— Przeliczcie, proszę was!
— Ale tyś przecie liczył?
— No mówię wam, przeliczcie!
— Daj spokój.
Karabanow chwycił się za gardło, jakby coś go dusiło, potem rozerwał kołnierz i zachwiał się.
— Znęcacie się nade mną. Nie może być, żebyście mi tak dowierzali! Nie może być! Słyszycie?! Nie może to być. Naumyślnie tak ryzykujecie, naumyślnie, wiem to...
Nie mógł złapać tchu i usiadł na krześle. W końcu Szymon oparł się o parapet i krzyknął:
— Antoni Siemionowiczu!
— No, co ci? — spytał nieco przestraszony Makarenko.
— Gdybyście wiedzieli! Gdybyście tylko wiedzieli. Pędziłem tą drogą i myślę: Żeby to Bóg posłał kogoś, żeby tak w lesie rzucił się na mnie... Niechby ich było dziesięciu, niechby ich było nie wiem ilu... Strzelałbym, zębami bym rwał jak pies. A potem wiecie... prawie płaczę. Ja wiem, przecież wy tutaj siedzicie i myślicie: czy przywiezie, czy nie przywiezie? Ryzykowaliście przecie, prawda?
Dyrektor Makarenko odparł ze spokojem i pewnością w głosie:
— Widzisz, Szymon, z pieniędzmi ryzyko jest zawsze. Nie można przywieźć (w tak odludne miejsce) paczki pieniędzy bez ryzyka. A ja myślę sobie tak: jeżeli ty będziesz przywoził pieniądze, to ryzyko będzie mniejsze. Tyś młody, silny, świetnie jeździsz konno, ty zwiejesz przed wszystkimi bandytami, a mnie łatwo schwytają11.

***

W roku 1918, po pierwszej wojnie światowej, kiedy wielu młodych ludzi zostało zdegenerowanych okrucieństwem czasu wojny, August Aichhorn założył w Austrii dom dla młodocianych przestępców. Jeden z takich chłopców miał strasznie niskie poczucie winy za zło, które popełniał. Aichhorn zauważył, że chłopiec ten okrada sklepik, którym się opiekował. Zawołał go więc do swojego gabinetu i zapytał w bardzo dwuznaczny sposób:
— Ile zarabiasz każdego tygodnia?
Usłyszawszy to, chłopiec stanął jak wryty.
— Czy pieniądze zawsze rozprowadzasz prawidłowo? — pytał dalej Aichhorn.
W odpowiedzi usłyszał „tak”, ale towarzyszyło temu duże wahanie. Po kolejnych pytaniach chłopiec stawał się coraz bardziej niespokojny, ale Aichhorn zdawał się tego nie zauważać. Podczas zadawania pytań składał porozrzucane po pokoju książki i nagle powiedział:
— Dobrze, kiedy wyjdziemy stąd, chciałbym zapoznać się ze stanem kasy.
Usłyszawszy to, chłopiec upuścił z rąk książkę, którą wziął z półki.
— O co chodzi? — zapytał dyrektora.
— O nic — odrzekł Aichhorn — Czyżby było coś nie w porządku z kasą?
Wychowanek, przemagając strach, jąkając się, zaczął się tłumaczyć z brakujących pieniędzy. Wtedy Aichhorn bez słowa wręczył mu sprawdzoną przez siebie kasę. Chłopiec wybiegł nagle z pokoju. Po paru minutach wrócił i powiedział z płaczem:
— Pozwól zamknąć mnie znowu w więzieniu, nie zasłużyłem na twą pomoc, będę zawsze złodziejem.
Kiedy Aichhorn okazał mu ponownie łaskę, w chłopcu, u którego nie odnotowywano poczucia winy, zaistniała znacząca zmiana12.

***

Ernest Papanek opowiada, jak w domu dla młodocianych przestępców w Wiltwyck School, którym kierował, pewien wychowanek w napadzie złości wybił w jadalni 32 szyby. Gdy chłopiec się uspokoił, „bez robienia mu jakichkolwiek wyrzutów” (czyli bez prawienia kazań) Ernest Papanek oświadczył, że za szyby trzeba będzie zapłacić (naturalne konsekwencje) i w związku z tym będzie się potrącać odpowiednią sumę z jego wynagrodzenia. Po trzech tygodniach dyrektor wezwał winowajcę do swego gabinetu i wypłacił mu pełną sumę pieniędzy, które stanowiły w tym czasie wynagrodzenie za jego pracę. W ten sposób uświadomił chłopcu, że trzeba ponosić odpowiedzialność za swoje czyny, że „władza ma moc aby karać, lecz także by pomagać i wybaczać”.

Prawdziwe uzdrawianie

Jak to działa? Pomyśl przez chwilę o kimś, kogo naprawdę kochasz. Przypomnij sobie najbardziej okropną i ohydną rzecz, jaką tej osobie uczyniłeś. Wyobraź sobie teraz, że ta osoba przychodzi do ciebie, obejmuje cię ramieniem i mówi: „To, co zrobiłeś, jest okropne, podłe i potworne. Ból, którego doświadczam, jest niewyobrażalny, ale chcę, byś wiedział, że cię kocham pomimo to i wybaczam ci pomimo to”. Czy masz teraz ochotę pójść i zrobić tej osobie jeszcze raz tę samą rzecz? Tak oto bezwarunkowa miłość (po uświadomieniu sobie własnych podłości) leczy nasze szaleństwa.

W Makbecie Szekspira Doktor mówi o szaleństwie w następujący sposób: „Ta choroba jest poza zasięgiem mej praktyki”. Grzech jako uzależnienie jest tak skomplikowaną mieszanką cech patologicznych, że wydaje się być też poza zasięgiem możliwości uzdrawiania przez samą tylko wiedzę. Dlatego Bóg dał człowiekowi dwa narzędzia: dyscyplinę (konsekwencje) i miłość bezwarunkową.

Co można więc powiedzieć ludziom takim jak ów alkoholik po ośmiu terapiach, którzy dalej piją? Otwórzcie się na miłość bezwarunkową! Sama wiedza nie daje mocy! Spójrzmy na lekarzy, którzy palą i umierają z tego powodu. Wiedza nie daje im mocy jak owemu alkoholikowi po ośmiu terapiach. Potrzeba czegoś więcej. Prawdziwe i pełne uzdrowienie naszego życia dokonuje się na poziomie serca. Tylko tu jest stacja dokująca dla bezwarunkowej miłości, która leczy nasze szaleństwa. Ktoś powiedział, że te 30 centymetrów — odległość od głowy do serca — to odległość między piekłem i niebem. I chyba miał rację.

Wcześniej pisałem o roli naturalnych konsekwencji i o błogosławieństwie ich przekleństwa (błogosławieństwie, jakie niosą naturalne konsekwencje). Teraz przyszedł czas, by ukazać, jak bardzo ważna w tych konsekwencjach jest miłość. Jeśli bowiem żona alkoholika da się za bardzo nadużyć chorobie jej męża, nie będzie w stanie go kochać i zacznie okazywać mu złość, niechęć, a może nawet nienawiść. Gdy przyjdzie dzień, w którym jej mąż uświadomi sobie, że potrzebuje pomocy innych, na pewno nie zwróci się po nią do żony. Będzie bowiem myślał: ona mnie nienawidzi, nie dam jej satysfakcji, by mnie dobiła. Jak stwierdziła dr Wanda Sztander, „prawda nie może być kamieniem, którym zabija się człowieka”.

Bóg nie ma problemów z okazywaniem mi bezwarunkowej miłości (nie wyklucza ona ponoszenia przeze mnie konsekwencji moich czynów). Tylko czy będę potrafił otworzyć się na tę miłość i przyjąć ją wraz z jej cierpieniem i uzdrowieniem? Jeśli nie, moje wewnętrzne dziecko może umrzeć. Tak jak niemowlę za czasów Fryderyka II.

Krzysztof Kudzia

[Autor kieruje Punktem Poradnictwa Rodzinnego w Stargardzie Szczecińskim. Wcześniej pracował też jako terapeuta uzależnień w zakładzie karnym. Współpracuje z portalem Nadzieja.pl].

1 Philip G. Zimbardo i Floyd L. Ruch, Psychologia i życie, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1998, s. 13.
2 Tamże, s. 13.
3 Tamże, s. 13.
4 Tamże, s. 13.
5 Tamże, s. 14.
6 Zob. J 16,27.
7 Zob. J 11,3.36.
8 Mt 22,37.
9 Mt 22,39.
10 J 3,16.
11 A. Makarenko 1946, s. 234-236, [w:] K. Pospiszy, Psychopatia, Wydawnictwo „Żak”, Warszawa 2000.
12 K. Pospiszy, Psychopatia, s. 116.
Komentarze (0)
Napisz komentarz
Twoje dane kontaktowe:
Komentarz:
  przewiń na górę ^