| Dzień gniewu (ZC 7-8/08) |
| Wpisany przez Marek Błaszkowski | |||
Ludzie pragną bezwarunkowej miłości Boga. Nie chcą słuchać, że Bóg może się rozgniewać. I to jak! Wpaść w gniew, pod wpływem którego w jednej chwili zmiecie w proch całą historię. I wezwie na sąd.Na przełomie XII i XIII wieku Tomaso Celano napisał wiersz, który zaczyna się od słów: dies irae, dies illa, solvet saeclum in favilla, co można przetłumaczyć: owego dnia, dnia gniewu, chwila zmiecie w proch wieki. Straszne słowa. Nic dziwnego, że w XX wieku Kościół powszechny usunął je ze swojej liturgii. Apostoł Jan opisuje ten dzień jako triumfalny pochód Chrystusa, którego imię brzmi Słowo Boże, który ma pobić narody, który tłoczy kadź wina zapalczywego gniewu Boga Wszechmogącego, a na szacie ma wypisane: Król królów i Pan panów1. Czy to jest ten sam Jezus, który dał się zabić na Golgocie za nasze winy? Zalecał, aby nie przeciwstawiać się złu, do końca kochał i wybaczał, nie otworzył nawet ust w swojej obronie? A teraz przyjdzie rozgniewany? Objawi się jako, mówiąc słowami Tomasa Celana, rex tremendae maiestatis — król przerażającej chwały? Bóg emocjiPismo Święte wielokrotnie przedstawia Boga jako osobę przeżywającą różne stany emocjonalne. Bóg kocha. Bóg przede wszystkim kocha. Bóg się gniewa. Odczuwa żal i litość. Często nawet wydaje się, że Bóg zmienia swoje decyzje pod wpływem emocji. Na przykład żałował, że posadził Saula na królestwie2. Bóg zlitował się nad królem Judy, Hiskiaszem, i dodał mu 15 lat życia3. Bóg płacze, raduje się, smuci, śmieje, nawet śmieje się szyderczo. Jednej tylko emocji Bóg nie odczuwa — nienawiści. Bóg może odczuwać wstręt, ale nigdy nienawiść. Nienawiści Bożej nie doznali ani Amalekici, ani ludy Kanaanu, ani szatan. Nikt. Jednak mimo braku nienawiści Bóg może komuś odmówić swojej litości i wziąć pomstę za czyny tej osoby lub narodu. Emocje Boże mijają. Bóg rozgniewał się na Izrael, odszedł ze świątyni, naród trafił do niewoli, Jerozolima legła w gruzach. Jednak gniew Boży skierowany przeciw Jego ludowi minął i zwrócił się z kolei przeciw Babilończykom, którzy bezwzględnie wykorzystali chwilę gniewu Boga na Jego lud i nie okazali żadnej litości. Uczuciem Bożym, które nigdy nie mija, jest miłość. Bóg kocha swój lud miłością wieczną4. Ta miłość jest zawsze do naszej dyspozycji. Jest nieustannie wyznawana. Bóg stale domaga się wzajemności. Stoi u drzwi naszego serca. Kołacze5. Srodze jednak zawiedzie się ten, kto Bożą miłość potraktuje jako jakiś nieustający strumień pozwalającej na wszystko akceptacji. Jest to miłość zachłanna, zazdrosna. Straszna to rzecz igrać z uczuciami Boga, z Jego miłością. Dlaczego? Nasz Stwórca jest nazywany Wszechmogącym6, ale nie może swoją wszechmocą uzyskać tego, czego najbardziej pragnie — wzajemności. Nikt nie może wymusić na drugiej osobie, żeby kochała, nawet On. Co więcej, mimo że ludzie są wyposażeni w wolną wolę, żaden człowiek nie potrafi skutecznie zadecydować, że pokocha. Nic tak nie wymyka się naszej woli jak miłość. Czasem przychodzi nagle, obezwładnia nas, a kiedy indziej zdajemy sobie sprawę, że była, dopiero gdy zaczyna umierać. Rośnie w nas wbrew naszej woli albo latami nie chce odejść. Równi w związku miłościDzięki temu, że miłość jest poza naszą kontrolą i poza Bożą wszechmocą, we wzajemnej uczuciowej relacji z Bogiem stajemy się Mu równi. To niewyobrażalne, ale jednak śmiertelny człowiek, grzeszny i słaby, w miłości jest równy samemu Źródłu życia, czystemu Istnieniu, Absolutowi. Jeśli już zdarzy się ten cud wzajemnej miłości między Bogiem a człowiekiem, to Bóg zabiega o tę miłość, „uwodzi” człowieka, zachłannie chce tę miłość utrzymać. Ale chce być kochany naprawdę. Stąd poddaje człowieka próbom, jakby chciał się upewnić, czy wzajemność jest szczera. Wystarczyły wszak judzące słowa szatana, żeby Bóg w tak drastyczny sposób poddał próbie Hioba7. Zdradzić zazdrosnego Boga to jest wprost narazić się na Jego gniew. Lepiej być już od początku zimnym8, lepiej nie kochać nigdy, niż otworzyć drzwi serca, a potem budować „wolny związek”. Izraelici zawarli ze Stwórcą przymierze, a potem wielokrotnie Boga zdradzali. On wpadał w gniew i karał ich za niewierność. Karał strasznie. Jednak nie przestawał kochać. Mijały zdrady, uśmierzał się i gniew. I w ślad za karami sypały się błogosławieństwa. Myli się ten, kto uważa, że Bóg Starego Testamentu był zazdrosny i gniewny, a Bóg Nowego Testamentu jest inny — łagodny, wybaczający wszystko. Wszak to Jezus powtarzał: „Biada tobie, Chorazynie, biada tobie, Betsaido”9. To Jezus ostrzegał, że kto wydrwi miłość Bożą, kto zdradzi, ten popełni grzech przeciw Duchowi Świętemu i nigdy mu ten grzech nie będzie wybaczony10. To w końcu Nowy Testament zapowiedział nadejście dies irae — dnia gniewu11. Błyskawicznie zadziałał też ziemski zastępca Jezusa — Duch Święty — w reakcji na oszustwo i zdradę Ananiasza i Safiry czy uzurpację Heroda Agryppy12. Tak samo w chwili niepohamowanego gniewu Bożego zginęli Nadab i Abihu, Korach czy nieszczęsny Uzza13. Dopóki trwamy we wzajemnej miłości z Bogiem, jesteśmy Mu równi, doświadczamy wybaczenia wszystkich mniejszych i większych zdrad, otrzymujemy dary od zakochanego Boga. Jeśli jednak odtrącimy, zranimy, upokorzymy tę miłość, równość się kończy, powraca relacja między prochem a jego Stwórcą, i to Stwórcą w stanie gniewu. A „straszna to rzecz dostać się w ręce Boga żywego”14. Poza czasemPomyślmy przez chwilę, kto tak naprawdę nas kocha, kto zabiega o naszą wzajemność. Przed chwilą widzieliśmy Boga jako bytującą w tym świecie Osobę. Osobę bliską nam, podobną do nas, mimo że potężną, wszechmocną. Ale przecież to nieprawda. To znaczy — nie cała prawda. Bóg jest Stwórcą świata. Z tego wynika, że istnieje od świata niezależnie. Nie można powiedzieć, że istniał „przedtem”, gdyż wraz z naszym światem powstał nasz czas, nie było więc żadnego „przedtem”. Ale Bóg istniał. Nie, nie istniał — On jest. Nie można powiedzieć, że istniał przed stworzeniem czasu, że był. On jest15. Formy naszego postrzegania — czas i przestrzeń — są dla Boga za ciasne. On jest poza. Gdzie? Niestety, nie można Boga zobaczyć i pozostać przy życiu. A kiedy On wkracza w czas i przestrzeń, robi to, jak chce. On jest tym, który był, który jest i który ma przyjść. Jego oczy przepatrują całą ziemię. Oznacza to, że Bóg może wkraczać w każdy punkt czasu i przestrzeni; co więcej, wypowiedzi Jezusa wskazują, że nie tylko może tak działać, ale tak działa. Jest w czasach, kiedy żyją Abraham, Izaak, Jakub16. Jednocześnie Bóg stale podtrzymuje świat w istnieniu; jeśliby cofnął swój dech życia, wszystko by znikło17. Ta relacja między Bogiem-Stwórcą, Bogiem-Absolutem a Elohimem18 manifestującym się w świecie, który „chwyta Hioba za kark”, jest pełna napięcia. Jeśli bowiem Bóg wypełnia sobą cały czas, to jak może żałować tego, że oddał królestwo Saulowi, skoro ta chwila, w której Saul staje się pomazańcem, trwa teraz tak samo jak chwila, w której piszę, chwila powrotu Jezusa czy wszystkie chwile, w których Saul oddala się od Pana? Jak może zlitować się nad Hiskiaszem i darować mu 15 lat życia, skoro te lata istnieją teraz tak samo jak w chwili, gdy Hiskiasz się o nie modlił odwrócony twarzą do ściany? Czy mogę teraz wymodlić u Boga, abym nawrócił się pięć lat wcześniej? A może właśnie rok temu podejmuję dramatyczną decyzję odejścia od Boga i wszystko za chwilę zniknie? Będzie inne? A jeśli czas jest dla Boga jedną wielką stazą19 pozbawioną wszelkiej dynamiki? Co z wolną wolą wtedy, kiedy nic tak naprawdę się nie dzieje? W głowie się kręci. Bóg jest dla nas tak niewyobrażalny, tak potężny, że wszelkie próby zrozumienia Go, uchwycenia w działaniu pokazują tylko naszą bezsilność. Jedno jest pewne. Mamy wolną wolę, możemy kochać, odpowiadamy za swoje czyny. Dlatego Bóg musi łączyć swoją wszechobecność w czasie z niepewnością co do naszych zachowań, decyzji. Jednakże Pismo Święte wspomina o tych, których imiona są zapisane w księdze życia przed założeniem świata...20. Dość! Wystarczy rozumieć, że kocha nas Istota, która jest dla nas niewyobrażalna, że ta Istota zabiega o naszą miłość, że w miłości stajemy z Nią na równi, że Osoba ta odczuwa emocje związane z nami. Że zależy Jej na nas. Zależy tak bardzo, że gniewa się, płacze, cieszy. A do tego jest o nas zazdrosna. W emocjonalnym związku z tą Osobą stajemy na najwyższym szczeblu poznania. Bo teraz widzimy jak w zagadce, a kiedyś zobaczymy twarzą w twarz. Teraz mamy tylko wiarę, nadzieję i miłość. A z nich największa jest miłość21. Jeśli już zdarzy się ten cud wzajemnej miłości między Bogiem a człowiekiem, to Bóg zabiega o tę miłość, „uwodzi” człowieka, zachłannie chce tę miłość utrzymać. Ale chce być kochany naprawdę.Za co ten sąd?Powróćmy do „owego dnia”, w którym, zdaniem Tomasa Cellana, zagniewany Bóg zmiecie w jednym mgnieniu oka wszystkie wieki, jakby zniecierpliwionym ruchem ręki. Wyobraźmy to sobie. Dlaczego Bóg wpadnie w taki gniew po doskonałej lekcji miłości, której udzielił nam w Chrystusie? Jezus wyszedł poza rządzącą tym światem logikę przemocy. Gdyby się bronił, gdyby wezwał legiony aniołów, czy choćby tylko wykłócał się przed sądem, sięgnąłby po środki „tego świata”. Nie mogąc ich użyć, kochając, nie mając nic poza miłością, musiał zginąć. Straszny to paradoks, że kochający nas Stwórca świata zostaje zamordowany przez własne stworzenia właśnie dlatego, że tak kocha, iż unika nawet dołamania nadłamanej trzciny22. Bóg pokazał logikę miłości, świat odpowiedział własną logiką... Po co Bóg wchodził w naszą historię? To oczywiste — kochał i chciał być kochany. Chciał się pojednać ze swoim stworzeniem. Ale Jego własne stworzenia Go zabiły, a kiedy się zorientowały, że zabiły własnego Boga, to przez wieki w Jego imię zabijały się nawzajem. Z przesłania miłości nic do nich nie dotarło. Nawet ci, którzy zdają się coś rozumieć, wciąż upadają. Wszyscy zgrzeszyli. Wszyscy grzeszą23. A grzech to zdrada. Mniejsza, większa, ale zdrada. I sypie się ta lawina zdrad na kochającego Boga. Czy nie czas, żeby „po angielsku” opuścił naszą historię? Po co przed przeniesieniem wybranych na nową ziemię wpadać w gniew i sądzić resztę? Za co? Za to, że nie umieli kochać? Z zemsty? Z zazdrości? Otóż jest za co. Bóg nie tylko kocha. Bóg jest także sprawiedliwy. Wyrazem Bożej sprawiedliwości jest prawo. Co prawda i sprawiedliwość wspiera się na miłości. Jezus mówi, że największe dwa przykazania to: będziesz miłował Pana Boga swego, a bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach wspierają się prawo i prorocy24. Trudno oddzielić sprawiedliwość od miłości. Jednak w sprawiedliwości nie chodzi już o nasze emocjonalne relacje z Bogiem. To oczywiste, że prowadzonym przez Bożą miłość łatwiej wypełniać prawo25. Jeśli nie kochamy Boga, nie kochamy bliźniego, nie zdołamy przestrzegać prawa26. Ale prawo będzie nas sądzić27. Bóg jest bowiem sprawiedliwy. Dlaczego jednak sprawiedliwy Bóg wpadnie w gniew z powodu prawa, którego nie zdołali przestrzegać ci, którym zabrakło miłości? Dlaczego weźmie pomstę? Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Wpadnie w gniew, bo kocha. Wielokrotnie, zarówno ustami proroków, jak i osobiście w postaci Jezusa Chrystusa Bóg nawoływał ludzi do wzajemnej miłości, do opieki nad słabszymi, do rezygnacji z wyzysku, do wzajemnego szacunku, do wzajemnego wybaczania sobie win. Kiedy Bóg najczęściej wpadał w gniew? Właśnie wtedy, gdy piętnował niesprawiedliwość, wyzysk, krzywdę. Być może Bóg umiałby nam wybaczyć swoje pęknięte, przybite do krzyża serce — zresztą już wybaczył swoim katom. Bóg umiałby wybaczyć to, że Jego miłość była tyle razy raniona, wyszydzana. Zresztą już wybaczył, umierając za nas niczym złoczyńca. Jednak z ziemi woła krew i pot tych wszystkich, którzy byli wyzyskiwani, mordowani, gwałceni, okłamywani, poniżani28. Sami się też zabijali, zdradzali, okłamywali. To ich Bóg osądzi. Nas. Bóg nigdy nie krył, w czym ma upodobanie — w tym, że się rozwiązuje bezprawne więzy, że się zrywa powrozy jarzma, wypuszcza na wolność uciśnionych i łamie wszelkie jarzmo. W tym ma upodobanie, że się usuwa spośród siebie szydercze pokazywanie palcem, dzieli chleb z głodnym, gości bezdomnego29. Tylko tyle. A nam nigdy nie udało się tego zrealizować. Ludzie pozbawieni miłości potrafią stać się nieodwracalnie potworami. Nawet dzieci. Pamiętamy, jak gromada wyrostków otoczyła Elizeusza i urządziła mu owo szydercze pokazywanie palcem: „Chodź no, łysy, chodź no, łysy!”. Najwyższy te wszystkie dzieci zabił. Co do jednego30. Widocznie ich dusze były już martwe. Dlaczego wyszydzali starszego człowieka, dobrego człowieka? Ot, tak sobie. Większość zła dzieje się ot, tak sobie, dla przyjemności, po nic. Po co bogacze nieustannie się bogacą, prąc naprzód dosłownie i w przenośni po trupach, skoro już odłożyli sobie oszczędności na parę tysięcy lat? Po co? Po nic. Ot, tak sobie. Jest się czego bać. Bóg ma powody do gniewu. Można z liturgii usunąć dies irae, dies illa. Można ogłosić postmodernizm, w którym wszystkie stanowiska są równoprawne. Stanowisko kobiety zgwałconej w drodze z pracy i gwałcicieli; stanowisko okradzionego, doprowadzonego do nędzy i rozpaczy oraz stanowisko złodziei; stanowisko wyszydzanego i stanowisko szyderców. Można żądać od Boga, by się zgodnie z postmodernistyczną modą usunął w kąt. Można. Ale to nie wstrzyma Bożego gniewu. Wszystkim nam się wydaje, że jesteśmy troszkę lepsi od innych, że wystarczy być porządnym człowiekiem. Może i tak. Kto się nie powoła na krew Chrystusa, będzie sądzony według prawa. Prawo wszyscy łamaliśmy. I ci porządni, i ci mniej porządni. Bóg będzie decydował. Dzieci, które tak zawzięcie krzyczały „chodź no, łysy”, umrą śmiercią wieczną31. I Ananiasz. I Safira. Nie będzie apokatastazy32 — zbawienia wszystkich. Widać Bóg ma dla nas coś lepszego, skoro wszystko, co dotąd było, zmiecie w pył w jednej chwili. W dniu swojego gniewu. Gniewu i miłości.
1 Zob. Ap 19,11-16.
|
| « poprzednia | następna » |
|---|


