Słowo „fundamentalista” nie kojarzy się dobrze. Nazwanie kogoś fundamentalistą kończy dyskusję. Oznacza, że z taką osobą nie warto rozmawiać, że nie należy ona do cywilizowanej wspólnoty ludzi współczesnych.
Jakie mamy skojarzenia ze słowem „fundamentalista”? Jest to ktoś zacietrzewiony, owładnięty manią, o wąskich horyzontach intelektualnych, wrogo nastawiony do innych, skłonny nawet do fizycznej agresji. Przeciwieństwem fundamentalisty jest człowiek dialogu, akceptujący i popierający różnorodność, zdający sobie sprawę, że nie da się ustalić, które poglądy są zgodne z prawdą. Poza jednym. Właśnie tym, że żadna absolutna prawda nie istnieje.
Słowo „fundamentalista” występuje w zbitce „fundamentalista religijny”, najczęściej islamski, biegający z nożem w zębach i bombą. Ale z oficjalnych mediów spogląda na nas równie groźna twarz fundamentalisty chrześcijańskiego. To pozostający umysłowo w mrokach średniowiecza osobnik, który dybie na naszą wolność. Osobnik ten domaga się prawa do religijnego wychowania dzieci, tworzy religijne media, które same w sobie stanowią obrazę dla wszechobowiązującej zasady braku prawdy. Media głównego nurtu podkreślają, że fundamentaliści chrześcijańscy tylko czyhają, aby przejąć władzę i uciemiężyć resztę społeczeństwa. W sprzyjających okolicznościach są również gotowi chwycić za bomby i noże. Dlatego każdy głos podważający światopogląd ateistyczny albo zwrócony przeciw aborcji czy eutanazji wywołuje histeryczne reakcje „szerokiej publiki”.
Chrześcijaństwo „be” i „cacy”
W krajach, które uchodzą za obszar kultury chrześcijańskiej, tylko niewielki odsetek mediów pozostaje w rękach osób wierzących. Zdecydowana większość i właścicieli mediów, i dziennikarzy to twardzi ateistyczni lewicowcy albo co najwyżej agnostycy. I to oni kształtują poglądy społeczne na temat chrześcijaństwa.
Wystarczy zajrzeć do internetu, aby natrafić na wiele negatywnych ocen „fundamentalizmu chrześcijańskiego” prezentowanych przez portale pozornie obiektywne albo ateistyczne. Przed fundamentalizmem ostrzega Racjonalista.pl, a serwis „Nauka i Religia” zadał sobie nawet trud umieszczenia pracy licencjackiej (sic!) niejakiego Ireneusza Komara, w której ludzi wierzących przedstawia się jako półgłówków. Nie brak stron Kościołów chrześcijańskich, które gorliwie od fundamentalizmu się odżegnują. Ciężko tylko znaleźć stronę, która by się do niego przyznawała.
Z Wikipedii można się dowiedzieć, że fundamentalistami są ludzie, którzy wierzą w: boskość Chrystusa, fakt, że narodził się z Ducha, umarł za nasze grzechy, naprawdę zmartwychwstał i naprawdę dokonywał cudów, rychło powróci, ofiarował nam życie wieczne i zmartwychwstanie. Z innych portali dowiemy się, że fundamentaliści są ponadto nastawieni na przechwycenie władzy politycznej, aby siłą narzucać innym swoje poglądy, że uparcie próbują nawracać innych, czym naruszają wolność sumienia, że nawet są zdolni do podkładania bomb pod kliniki aborcyjne.
Jeśli fundamentaliści są źli, to czy istnieje w ogóle jakaś „dobra” forma chrześcijaństwa? Tak. Dobre i akceptowalne na salonach jest chrześcijaństwo wywodzące się ze szkoły krytycznej stworzonej przez Rudolfa Bultmanna. Według tego teologa Biblia jest zbiorem mitów, który koniecznie należy odmitologizować. Po owym odmitologizowaniu okazuje się, że nigdy w historii Boże interwencje nie miały miejsca, Jezus nie był Mesjaszem, a zwykłym żydowskim rabinem, którego ukrzyżowano i na tym się zakończyła Jego kariera. Oczywiście nigdy nie dokonywał żadnych cudów, nie zmartwychwstał, nie powróci i my również nie mamy nadziei na zmartwychwstanie.
Co zostaje z chrześcijaństwa po wyrzuceniu Biblii do kosza? Zostaje poddanie się Bogu takiemu, jakiego się samemu czuje.
Efektem działań szkoły krytycznej jest powołanie osobistego Boga, którego każdy może dopasować do swoich potrzeb moralnych, intelektualnych i życiowych. Dyskusja o takim Bogu nie ma sensu, gdyż każdy ma prawo rozumieć Go po swojemu, a wszystkie prywatne wizje są równouprawnione. Co więcej, wszelka rozmowa o Bogu jest nawet niegrzeczna, gdyż pachnie gwałceniem cudzej wolności i intymności.
Bultmannowska teologia jest bardzo wygodna dla ateistów i agnostyków. Nie wierzą oni co prawda ani w Jezusa, ani w Jego łaskę, ale w tym od szkoły krytycznej się nie różnią. O Bogu nie mają ochoty dyskutować, zawsze gotowi zasłonić się prywatnością i intymnością swego życia duchowego. Gorliwie za to dyskutują o religii. Ma być wygodna w użyciu i odpowiadać większości.
A co z tymi, którzy odważą się wspomnieć, że jednak Jezus był Bogiem, czynił cuda, zmartwychwstał, powróci? Tych ludzi należy pozbawić prawa głosu. To są właśnie fundamentaliści, przed którymi się ostrzega, którymi się straszy.
Parodia dyskursu
Wystarczy sięgnąć do gazet, portali, programów telewizyjnych głównego nurtu, aby zorientować się, jak proste, a zarazem skuteczne schematy rządzą prowadzeniem dyskusji na temat chrześcijaństwa.
Stwierdzenia, że Chrystus był Bogiem, zmartwychwstał i powróci, są absolutnie zakazane. Oznaczałyby próbę uprawiania propagandy, narzucanie poglądów, naruszenie zasady wolności sumienia i wyznania. Natomiast jak najbardziej są pożądane wszelkie newsy, że ktoś tam doszedł do wniosku, że Chrystus nie istniał albo był gejem1 lub że głównym zbawicielem jest Judasz2. Informacje takie można powtarzać do znudzenia. Nie stanowią one propagandy, a jedynie interesujące ciekawostki.
W publicznych dyskusjach nie wymienia się Jezusa. Byłoby to gorszące i naruszałoby tabu intymności. Rozmawia się natomiast o roli chrześcijaństwa. Na tym gruncie ateiści czują się i mocni, i kompetentni. Oni wiedzą, jakie powinno być chrześcijaństwo. Nowoczesne. Bez Biblii. Akceptujące wszelkie nowinki obyczajowe. Homoseksualne małżeństwa, eutanazję, aborcję. Ponadto chrześcijaństwo powinno być „otwarte na dialog”, tzn. akceptować, że jest „tak samo prawdziwe” jak inne religie, a także ateizm. Z chrześcijaństwa pozostaje ogólne pojęcie „dobra” zgodne z aktualnym poglądem większości. Tyle samo pozostanie z innych religii, a wtedy się je wszystkie połączy i podda dyktatowi światowych autorytetów. Może właśnie o taką megareligię chodzi? O religię, która wszystkim pasuje i z której usunięto Jezusa — skałę zgorszenia? Dążenia do tego, aby wyrwać z chrześcijaństwa serce i uzdatnić je do połączenia w jakąś ogólnoświatową religię, są bardzo widoczne.
Do ateistycznego sposobu prowadzenia dialogu o chrześcijaństwie dostosowują się całe Kościoły lub ich poszczególni przedstawiciele. Tylko oni mogą się wypowiadać w mediach głównego nurtu, tylko oni są zapraszani, cytowani. Zwolennicy tezy, że centrum chrześcijańskiego nauczania winien stanowić zmartwychwstały Jezus, są na przemian ośmieszani albo ignorowani. Jeszcze mogą siedzieć we własnych gettach i pisać w wydawanych przez siebie gazetach i broszurach. Jednak jeśli są zbyt głośni, coraz częściej słyszą, że powinni zamilknąć. Prędzej czy później do zamilknięcia zostaną zmuszeni. Były już czasy, kiedy tolerowano wyznawców wszystkich bogów, poza wyznawcami Jezusa. Dziś sytuacja jest podobna. Potrzeba religii światowej, złożonej z wyznawców wielu równoprawnych bogów. Swoistej parodii rzymskiego pogaństwa.
Mój fundamentalizm
Ja do tej uniwersalnej, światowej religii nie przystąpię. Wierzę, że Biblia jest najbardziej wiarygodnym dokumentem, jaki posiada ludzkość. Uwierzę, że Biblię spisali oszuści, dopiero wtedy, kiedy spadkobiercy Bultmanna oświadczą, że wszelkie inne dokumenty i archiwa, jakimi dysponujemy, są również oszustwem. Uwierzę, że Jezus nie zmartwychwstał, jeśli zwolennicy szkoły krytycznej przyznają, że nie istniał Juliusz Cezar, Karol Wielki, że nie było bitwy pod Grunwaldem. Chcę, aby Biblię traktowano nie gorzej niż inne, słabiej od niej potwierdzone źródła historyczne.
Nie zamierzam tworzyć sobie własnego boga mieszczącego się w głównym nurcie. Wierzę w Boga, który mnie stworzył. Który jest Bogiem żywym, obecnym w ciszy i zgiełku, sukcesach i kłopotach. Który wkrótce powróci. Który umarł za mnie.
Dla innych Jezus może być skałą zgorszenia, dla mnie jest Opoką, na której buduję gmach swojego życia. Fundamentem. I dlatego jestem fundamentalistą.
Nie jest też prawdą, że skoro wierzę w zmartwychwstanie, to zamierzam sięgać po władzę polityczną, zmuszać ludzi do przyjęcia moich poglądów, podkładać bomby. Mistrz z Nazaretu tak nie czynił.
Nie jestem również zamknięty na dyskusje z innymi religiami. Chętnie czytuję Mahabharatę, sutry buddyjskie, Koran, Marksa, nawet Dawkinsa. Nie chcę nikogo zakrzykiwać. Chciałbym, żeby wszyscy doznali ukojenia w kontakcie z Tym, który stoi u drzwi ich serca, ale to nie ja o tym decyduję.
Marek Błaszkowski
1 Nie jest to dowcip. Na inauguracji prezydentury Obamy nabożeństwo miał odprawić biskup Robinson, który otwarcie głosi, że Jezus był gejem. Zapobiegły temu dopiero liczne protesty zdesperowanych „fundamentalistów”.
2 „National Geographic” od dwóch lat emituje program na temat tzw. ewangelii Judasza. Jest to jedna z tysięcy gnostyckich podróbek. Jednak medialne nagłośnienie sprawia, że już znaleźli się teologowie, którzy dowodzą, że Judasz wspólnie z Jezusem odkupił świat. Trudno o naukę bardziej wygodną dla tych, którym się nie chce przestrzegać żadnych zasad.
|