Zawód: rodzice chcianych dzieci (ZC 7-8/08)
Beata Frańczak   

Te same dzieci są dla jednych niechciane, a dla drugich upragnione. Żeby być matką i ojcem, nie trzeba dzieci urodzić, lecz otoczyć je opieką, wychować i oddać im siebie. A jeśli w sercu jest dużo ciepła, cierpliwości i siły, można założyć rodzinny dom dziecka i stać się rodzicem także z zawodu. Ale tu jak nigdzie indziej potrzebne jest powołanie z miłości.

Chociaż sytuacja na rynku pracy nieco się poprawiła, jednak wciąż nie jest łatwo znaleźć stałe zatrudnienie. Część bezrobotnych chwyta się rozmaitych zajęć — nieraz za cenę rezygnacji z wyznawanych zasad i wartości — bo przecież z czegoś trzeba żyć. Inni wegetują na rozmaitych zasiłkach. Są i tacy, którzy mimo wszystko wierzą, że w końcu znajdą dla siebie dobrą i uczciwą pracę.

Oto historia kobiety, która bardzo potrzebowała pracy. Miała co prawda różne propozycje, ale jako osoba wierząca musiała je odrzucić, gdyż godziły w jej sumienie. Mieszkała na wsi, dawno przekroczyła czterdziestkę, a panujące w kraju bezrobocie było gwoździem do trumny. Mąż pracował za granicą, ale większość pieniędzy pochłaniał remont starego domu, do którego niedawno się wprowadzili. Chociaż starsi synowie już się usamodzielnili, na utrzymaniu pozostało jeszcze troje dzieci. Było ciężko. Do tego wszystkiego pożar strawił dach stodoły. Rozpacz, ale i cierpliwość. Bóg ma dla mnie wyjście — pomyślała, po czym uklękła i pomodliła się: Panie, ja wiem, że Ty wszystko możesz. Daj mi, proszę, jakąś stałą pracę!. Gdy tylko wstała z kolan, zadzwonił telefon...

Odruchy serca

W dzieciństwie ani ona, ani jej rodzeństwo nie zaznali wiele miłości. Ojczym pił na umór, a matce ledwo starczało na chleb. Chciała, by w jej własnej rodzinie nic takiego się nie powtórzyło. Nie jest jednak łatwo przeskoczyć negatywne wzorce z dzieciństwa. Dopiero gdy na serio zaczęła praktykować chrześcijańskie zasady życia, jej dzieci usłyszały słowo „kocham”.

Pracowała wtedy w szkole jako kierownik zajęć pozalekcyjnych. Zaproponowała młodzieży odwiedzanie z prezentami okolicznych domów dziecka. Potem przychodziła tam też prywatnie, razem ze swoimi własnymi dziećmi. Zaprzyjaźnione dziewczynki wyznały jej, że wcale nie potrzebują zabawek, ale raczej bielizny i podpasek.

Dającą jej wiele satysfakcji pracę, niestety, straciła. Aby ratować rodzinny budżet, mąż zaczął wyjeżdżać za granicę. Postanowili także sprzedać mieszkanie i przeprowadzić się na wieś w odległy region kraju. Własnych dzieci mieli już piątkę, ale wciąż odwiedzali domy dziecka. Chcieli nawet przyjąć jedną sierotkę pod swój dach, lecz na przeszkodzie stały skromne warunki i nieregularne dochody. Typowo polskie wiązanie końca z końcem.

Boża odpowiedź

„Mamo! Jest pewna rodzina w Cieszynie, która założyła rodzinny dom dziecka. By założyć taki dom, nie trzeba mieć stałego zatrudnienia!” — głos córki w słuchawce brzmiał jak niebiańska muzyka.

Natychmiast obdzwoniła wszystkie instytucje w regionie, których nazwy sugerowały uzyskanie potrzebnych informacji. W powiatowym centrum pomocy rodzinie zaproszono ją od razu na spotkanie z kandydatami na rodziców zastępczych, które miało się odbyć w dniu następnym. Ustaliła z mężem, że od razu powiedzą o nienajlepszych warunkach w domu oraz o tym, że są chrześcijanami należącymi do Kościoła adwentystów. I niech się dzieje wola nieba.

Miła pani z centrum nie widziała żadnych przeciwwskazań do założenia rodziny zastępczej. Kurs dla kandydatów trwał pół roku. Dwa spotkania w tygodniu z pedagogiem i psychologiem dużo ją i jej męża nauczyły, lecz testy przywołujące wspomnienia z dzieciństwa były trudnym doświadczeniem. Po ukończeniu kursu jeszcze kilka miesięcy czekali na przyznanie im „nowych” dzieci. Planowali wziąć jedno lub dwoje, ale w końcu zgodzili się na trójkę dziewcząt, ponieważ dwie z nich były siostrami. Agnieszka miała cztery latka, Ewa — pięć, a Basia — czternaście lat. Zamieszkały w ich domu w lipcu 2003 roku.

Początki były trudne z wielu względów. Młodsze dziewczynki były niesamodzielne i wszystko należało koło nich zrobić. Ponadto obydwie miały astmę i lekkie upośledzenie umysłowe. Dodatkowo Ewa miała słaby wzrok i cierpiała na niskorosłość, a Basia — na epilepsję. Trzeba było się przyzwyczaić do częstego odwiedzania poradni pedagogicznej, rozmaitych lekarzy oraz do codziennej wielogodzinnej pomocy dziewczynkom w nauce.

Przez trzy miesiące nie otrzymywali żadnych funduszy na utrzymanie nowych wychowanków. Gdy pieniądze nadeszły, i to o wiele większe niż się spodziewali, wreszcie można było przestać myśleć o ich braku, a także dostosować dom do potrzeb powiększonej rodziny. Mimo że oficjalnie prowadzili placówkę wychowawczą, a dziewczynki miały własne nazwiska i mogły kontaktować się z rodzicami, to stały się im bliskie jak rodzone dzieci. Wcześniej tęsknili za wnukami, a teraz mieli to, czego po opuszczeniu domu przez starszych synów brakowało im najbardziej — domu pełnego dziecięcego gwaru, wydzierania sobie nawzajem zabawek i gonitw przez wszystkie pokoje. Bóg powiedział kiedyś do Abrahama: „I rozmnożę potomstwo twoje jak piasek morski”1. Wciąż są ludzie, dla których takie błogosławieństwo jest szczególnie cenne.

Witaj synku!

Pewnego dnia kobieta przeczytała w kościelnym czasopiśmie ogłoszenie. Pilnie poszukiwano rodziny z ukończonym kursem dla rodziców zastępczych do opieki nad ośmiomiesięcznym chłopcem. Coś ją pchnęło do szukania dalszych informacji na temat malca. Ku jej zdziwieniu osoba, która dała ogłoszenie, babcia chłopca, okazała się jej dawną znajomą. Bardzo ją namawiała do przyjęcia osieroconego wnuczka. Pewnie odmówiłaby, gdyż w domu miała wystarczająco dużo pracy, a malutkie dziecko wymagało jej jeszcze więcej, lecz mąż i najmłodsza córka zupełnie stracili głowę dla bobasa z przysłanej fotografii.

Małego Michałka przywieźli do siebie, gdy tylko ukończył rok i trzy miesiące. Był zdrowy, bardzo szybko się rozwijał. Choć ma dopiero cztery latka, zasób jego słownictwa wciąż ich zaskakuje. Ostatnio przywitał swą mamę słowami: „Moja ty wysoka mość!”. Jest bystry, bezpośredni i uczuciowy. Gdy tata kupił mu nowe buty, chłopczyk nieustannie go ściskał: „Jak ja cię, tatusiu, kocham za te buciki! Dziękuję wam, żeście mnie wzięli do siebie!”. Dziwią się, skąd w tym dziecku tyle czułości. Cieszą się nim jak cennym prezentem, bo przecież „dzieci są darem Pana”2.

Od radości do smutków

Po pół roku od przyjęcia pod dach Michałka rodzina zastępcza opiekująca się jego starszym bratem, trzynastoletnim Darkiem, przywiozła go do nich, aby bracia trochę ze sobą pobyli. Darek został trzy dni. Po powrocie do swych opiekunów zachowywał się tak źle, że ci zrezygnowali z jego wychowywania. Na życzenie chłopca umieszczono go w rodzinie Michała. W ten sposób otrzymali kolejnego domownika. Nie można powiedzieć, że był aniołkiem — nieraz trzeba było jeździć do szkoły na interwencje, a i w domu ścierał się z „nowym” ojcem. Krewki nastolatek szukał okazji do odreagowania koszmarów przeszłości. Któregoś wieczoru przyjaciele córki zorganizowali ognisko w ogrodzie. Dźwięki gitary i głośny śpiew obudziły Darka. Rzucił się biegiem w stronę rozbawionych ludzi, gorączkowo szukając swej przybranej mamy. „Myślałem, że ktoś cię może skrzywdzić” — mówił zdenerwowany. Uspokoił się dopiero, gdy się przekonał, że w tym domu naprawdę nie pije się alkoholu. Obecnie jest jednym z najlepszych uczniów w klasie.

Niestety, relacje chłopców z Basią nie układały się najlepiej. Trudno było opanować narastające między nimi konflikty. Za to Basia chętnie pomagała w pracach domowych i zainteresowała się nawet Biblią. Uczęszczała z nimi na nabożeństwa, ale jej zachowanie uległo zmianie, gdy poznała swego chłopaka. Kilka miesięcy temu, po ukończeniu osiemnastu lat, wyprowadziła się z domu. Nie utrzymuje bliskich kontaktów ze swą rodziną zastępczą, z którą spędziła prawie pięć lat życia.

Bilans

Nie oczekiwali samych sukcesów, ani też nikt im ich nie obiecywał. Są zwyczajną rodziną, w której, jak to w każdej innej, bywa raz lepiej, a raz gorzej. Dziewczynki są już świetnie „wyprowadzone”, Michałek to „złote dziecko”, a z Darkiem „jest w porządku”. Mąż pracuje w pobliskiej miejscowości, a ona śmieje się, że jest zwykłą kurą domową. Jedynym relaksem są wieczorne spacery z mężem, czasem wyjścia na pizzę lub na basen. Pielęgnują też zwyczaj codziennych wspólnych modlitw i czytania Biblii, w której szukają rady i sił od Boga. Słowo Boże obiecuje przecież, że jeśli komuś brakuje mądrości, to Bóg chętnie obdarza nią tych, którzy o nią proszą3.

Najciężej bywa podczas wakacji. Nie stać ich, by całą gromadkę wysłać na kolonie. Na dodatek zjeżdżają się do nich wnuki, dzieci siostry i kto tylko ma jeszcze ochotę. Mama-babcia-ciocia w jednej osobie działa na najwyższych obrotach, żeby upilnować i obsłużyć ten żywioł. Fizycznie jest zdrowa, ale brakuje jej czasem sił psychicznych. Dobrze, że ostatniego lata pomógł jej pastor miejscowego zboru4 — zabrał wszystkie dzieci na prywatne kolonie w góry. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu pojechali z mężem na pięciodniowy urlop. Piękne krajobrazy cieszyły oczy, ale serce i tak zostało przy rozbrykanych pociechach. Ot, taka zwykła rodzicielska przypadłość.

„Tak! Ucho, które mnie słyszało, życzyło mi szczęścia, a oko, które mnie widziało przyświadczało mi, bo uratowałem ubogiego, gdy wołał o pomoc, sierotę i każdego, kto nie miał opiekuna”5.

1 Rdz 32,13.
2 Ps 127,3-5.
3 Zob. Jk 1,5.
4 Zbór to nazwa parafii w protestanckich Kościołach.
5 Hi 29,11-12.
Komentarze (2)
  • joasia  - rodzina zastępcza
    Wiem wiele o rodzinie zastępczej. Pisałam na ten temat w 2000r. pracę dyplomową na technika administracji. Jesteśmy z mężem bezdzietni i planujemy za dwa lata iść na kurs dla rodzin zastępczych. Chcę jeszcze skończyć studia magisterskie. Jestem katoliczką. Myślę że małżeństwo z artykułu podjęło wspaniałą a jednak odważną decyzję. Piszę odważną, ponieważ wiem jak nasze społeczeństwo reaguje na tematykę "rodzin zastępczych a co dopiero adopcję". Życzę tej rodzinie wiele miłości i obfitych łask bożych. Pozdrawiam Asia
  • juscie  - rodzina
    zamierzam się do napisania pracy licencjackiej na temat ów rodzin, i mimo mojego osobistego doświadczenia (byłam w rodzinie zastepczej 6lat) przychodzi mi to z trudem.Chciałam wyrazić swoje poglądy na temat rodzin zastepczych, otóż z tymi co miałam przyjemnośc się zapoznać były typowymi rodzinami dla pieniędzy, a nie dla dziecka - dobro dziecka w tych przypadkach zchodziło zawsze na dalszy plan... także co do powyższego artykółu również mam dystans - być może sie mylę, lecz prawda jest taka,że niestety nasze społeczeństwo w dzisiejszych czasach myśli tylko o pieniądzach... mimo to,życzę powyższej rodzinie ogromnej cierpliwości i nieograniczonej miłości by mogli nią obdażać swoje pociechy...
Napisz komentarz
Twoje dane kontaktowe:
Komentarz:
  przewiń na górę ^

Dystrybucja

  • EMPiK
  • RUCH
logo ruchu Znaki Czasu dostępne są także w największych salonach

Hity

  • On przychodzi

On przychodzi - znaki nadzieiZapoznaj się z najlepszymi wieściami, jakie kiedykolwiek zostały przekazane ludzkości. Nie ma czasu do stracenia. Zacznij odczytywać znaki nadziei. Już teraz.

On przychodzi ALEJANDRO BULLÓN