, która przez ponad 25 lat pracowała w USA w różnych instytucjach naukowych, m.in. w Uniwersytecie Harvarda oraz w Narodowym Instytucie Zdrowia. W latach 2006-2009 pracowała jako wizytujący profesor, kierownik katedry Marii Curie Unii Europejskiej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, kierując sponsorowanym przez UE projektem badawczym, w którym badane były powiązania między autyzmem a dodawanym do szczepionek związkiem rtęci – thimerosalem.

W kalendarzu szczepień obowiązkowych dla dzieci do lat dwóch figuruje 25 pozycji. Czy takie bombardowanie szczepionkami młodego organizmu, choć jak wydaje się w słusznym celu, jest bezpieczne?

Z doświadczeń zarówno polskich, jak i światowych wiemy, że im więcej stosuje się szczepionek i im bardziej są one zagęszczone, tym większa jest liczba powikłań poszczepiennych, a nawet zgonów niemowląt. Te szczepienia, które w Polsce są obecnie jedynie zalecane, w Stanach Zjednoczonych zaliczane są już do grupy obowiązkowych – na liście tej figuruje aż 36 szczepień. Trzeba jednak zaznaczyć, że większość stanów ma dość liberalne prawo, pozwalające rodzicom odmówić szczepień ich dziecka na podstawie przekonań religijnych czy światopoglądowych. W Stanach Zjednoczonych notuje się bardzo wysoką liczbę powikłań i zgonów poszczepiennych dzieci oraz najwyższą ze wszystkich krajów rozwiniętych umieralność niemowląt, która przekracza siedem na tysiąc zdrowych urodzeń, a w niektórych stanach wynosi nawet 14 na tysiąc zdrowych urodzeń. Moim zdaniem może to wiązać się z przeładowaniem niemowląt szczepieniami. Kombinacja szczepionek i konsekwencje tych kombinacji są nieznane i mogą być groźne. Liczba powikłań i zgonów poszczepiennnych niemowląt w Polsce jest nieznana, bo tych zdarzeń się nie rejestruje. Polscy lekarze szczepiący oraz sanepid notorycznie odmawiają rejestracji ewidentnych przypadków powikłań poszczepiennych. W rezultacie Polska raportuje do Światowej Organizacji Zdrowia zero przypadków takich powikłań, podczas gdy inne kraje europejskie raportują tysiące.

Czy istnieją jakieś publikacje na temat powikłań poszczepiennych?

Do niedawna było bardzo mało publikacji na temat powikłań poszczepiennych i zgonów, dopiero pod naciskiem organizacji rodziców Kongres zmusił amerykańskie Centrum Kontroli Chorób Zakaźnych (CDC) do upublicznienia tych informacji. Obecnie znajdują się one w bazie danych VAERS tej agencji. Przedstawione tam liczby stanowią od 1 do 10 proc. wszystkich przypadków, bo wiadomo z szacunków amerykańskiego Urzędu ds. Żywności i Leków (FDA), że tylko niewielki ich odsetek jest rejestrowany. Z danych tych wynika, że po szczepieniu na żółtaczkę typu B mogło umrzeć w USA w ciągu 19 lat od blisko siedmiu tysięcy do być może 70 tysięcy niemowląt. Jeżeli się zsumuje tylko liczbę szczepień, które są obowiązkowe w Polsce, to w USA mogło z tego powodu umrzeć co najmniej 35 tysięcy dzieci. A jeśli dodamy do tego szczepionki uznane u nas za nieobowiązkowe, to możemy poszerzyć liczbę zgonów o kolejne 15 tysięcy. Tak więc tylko w Stanach Zjednoczonych szczepienia mogły spowodować minimum 50 tysięcy zgonów niemowląt.

Kilka lat temu opublikowano wyniki przeprowadzonego w Niemczech i Austrii badania, które dotyczyło bezpieczeństwa dwóch szczepionek heksawalentnych. Były to szczepionki zawierające te same antygeny, przeciw tym samym sześciu chorobom, tylko produkowane przez dwie różne firmy farmaceutyczne. Okazało się, że obydwie spowodowały wiele poważnych powikłań oraz 19 zgonów niemowląt wkrótce po szczepieniu. To jeden z dowodów, że im więcej naraz stosuje się szczepionek, tym większe ryzyko powikłań, a nawet zgonu dziecka.

O jakich powikłaniach poszczepiennych można mówić?

Różnych: o powikłaniach natury neurologicznej, chorobach autoimmunologicznych, neurorozwojowych, włączających autyzm i ADHD, opóźnieniach rozwojowych, wręcz niedorozwoju umysłowym; szczepienia mogą wywoływać też choroby nowotworowe i dysfunkcje głównych organów. Do chorób autoimmunologicznych, które uważa się, że mogą być skutkiem nadmiaru szczepień, należą przede wszystkim alergie, astma, choroby reumatyczne, które dziś występują już u dzieci, cukrzyca, szczególnie typu I, pojawiająca się coraz częściej nawet u niemowląt, choroby tarczycy czy choroby demielinizacyjne centralnego układu nerwowego. A więc są to bardzo poważne choroby okaleczające na całe życie.

W USA przyznano ponad 1300 odszkodowań za uszkodzenia mózgu powstałe w wyniku powikłań poszczepiennych, nie mówiąc o innych pozwach. Kto pokrywa koszty leczenia?

Firmy farmaceutyczne ubezpieczyły się. Dzięki wpływom w Kongresie zapewniły sobie „immunitet”. Tak że jeśli ktoś wniesie pozew przeciw firmie z powodu poważnego powikłania poszczepiennego i wygra, to odszkodowanie będzie płacić rząd, czyli społeczeństwo, bo mówimy przecież o publicznych pieniądzach – z podatków.

Czy szczepienia są groźne dla wszystkich?

Nie, jak i nie wszystkie szczepienia muszą być niebezpieczne. Są one szczególnie niebezpieczne dla osób o osłabionych zdolnościach do samooczyszczania organizmu czy dla tych z nadaktywnym układem odpornościowym. Wtedy może pojawić się reakcja autoimmunologiczna i ustrój zaczyna atakować własne organy, włączając mózg. Szacuje się, że do 30 proc. ludzi może tak reagować na szczepienia, dlatego każde szczepienie jest dużym ryzykiem. Do tego należy dodać zatrucia wywołane dodatkami stosowanymi w szczepionkach. Jednym z najbardziej znanych, stosowanych od kilkudziesięciu lat, jest organiczny związek rtęci zwany thimerosalem (inna jego nazwa to tiomersal lub metriolat). Rtęć po jednorazowym podaniu szczepionki z thimerosalem dość szybko znika z krwi i przemieszcza się do innych organów, przede wszystkim do nerek, wątroby i mózgu. Z badań przeprowadzonych przez amerykańskich badaczy na niemowlętach małp wiemy, że drugiego dnia po podaniu szczepionki z thimerosalem stężenie rtęci w mózgu jest czterokrotnie wyższe niż we krwi i rtęć pozostaje w tym organie na wysokim poziomie całymi miesiącami, a nawet latami. Poprzez nerki i wątrobę organizm oczyszcza się z rtęci, choć może uszkadzać te organy. Natomiast jak pokazały badania, w tym nasze własne, ilości, które przedostaną się do mózgu, mogą wywoływać wiele toksycznych efektów, włączając obumieranie neuronów oraz komórek glejowych, poważnie zaburzając prawidłowy rozwój układu nerwowego. Mózg niemowlęcia jest w trakcie bardzo intensywnego rozwoju i każde zatrucie może powodować jego poważne uszkodzenie. Wiadomo, że bariera krew-mózg, która oddziela mózg od reszty organizmu i zabezpiecza go przed przedostaniem się tam substancji toksycznych, wykształca się u niemowląt dopiero w szóstym tygodniu życia, a mechanizmy oczyszczania się z metali ciężkich stają się wydajne dopiero około trzeciego roku życia. Dlatego thimerosal, jak i inne toksyny zawarte w szczepionkach są ponad tysiąc razy groźniejsze dla niemowląt niż dla osób dorosłych czy starszych dzieci, bowiem przedostają się bezpośrednio do mózgu i mogą spowodować jego nieodwracalne uszkodzenie.

Wydaje się, że te dane naukowe nie są uwzględniane przy planowaniu kalendarza szczepień polskich dzieci.

Niestety nie są i to tyczy nie tylko polskiego kalendarza szczepień. Już sam fakt, że do szczepionek dla niemowląt przez kilkadziesiąt lat dodawano silnie toksyczny thimerosal, który zabija komórki nerwowe już w bardzo niskich (nanomolarnych) stężeniach, bez przeprowadzenia należytych badań wykazujących jego bezpieczeństwo dla rozwijających się organizmów, wskazuje na karygodne niedopatrzenia lub wręcz nadużycia ze strony zarówno producentów, jak i tzw. ekspertów decydentów. Wiele wskazuje na to, że obowiązujące w Polsce czy USA kalendarze szczepień – bardzo zagęszczone, bo pierwsze szczepienia podaje się już kilka godzin po urodzeniu dziecka – nie są podyktowane żadnymi względami klinicznymi czy epidemiologicznymi, tylko interesami producentów szczepionek, którzy chcą sprzedać ich jak najwięcej, ignorując kwestie bezpieczeństwa. Bardzo dużo można by zrobić w tym względzie, stosując rozsądniejsze kalendarze szczepień, podobne do tych, jakie mają kraje Europy Zachodniej. W Skandynawii na przykład szczepienia rozpoczynają się od czwartego miesiąca życia, a poza tym stosuje się tam mniej szczepionek. Wiemy, że takie kalendarze są bezpieczniejsze, bo wskaźniki umieralności niemowląt (około trzech zgonów na tysiąc zdrowych urodzeń) są tam dwa lub trzy razy niższe niż w Polsce czy USA. Zresztą w Skandynawii czy Niemczech nawet do połowy rodziców w ogóle nie szczepi swoich niemowląt lub szczepi je tylko wybranymi szczepionkami w wybranym przez siebie czasie i to w żaden sposób nie zwiększa umieralności niemowląt, bowiem obecnie choroby zakaźne dają się skutecznie leczyć.

Która szczepionka jest dla dziecka największym zagrożeniem?

Z bazy danych VAERS wynika, że szczepionki typu DTP (błonica-tężec-krztusiec), te przeciw bakterii Haemophilus influenzae oraz przeciw pneumokokom spowodowały najwięcej zgonów i ciężkich powikłań poszczepiennych niemowląt. Groźna jest też szczepionka przeciw żółtaczce typu B, którą w Polsce podaje się już noworodkom często już 2-3 godziny po urodzeniu, kiedy bardzo mało jeszcze wiadomo o stanie jego zdrowia. Ile noworodków w Polsce umiera wskutek powikłań po tej szczepionce? Nie wiadomo, bo te przypadki nie są rejestrowane i nie sposób to ustalić. Szczepionka ta powoduje także wielkie spustoszenie w mózgach dzieci. Przekonaliśmy się o tym niedawno na podstawie publikacji z 2007 roku. Amerykańskie badaczki wykonały analizę, z której wynikało, że dzieci, które otrzymały szczepionkę przeciw żółtaczce B z thimerosalem, dziewięć razy częściej były upośledzone umysłowo niż dzieci, które jej nie dostały. W większości krajów Europy Zachodniej w ogóle nie stosuje się tej szczepionki, podaje się ją dopiero nastolatkom. Szczepi się jedynie noworodki tych matek, u których stwierdzono obecność wirusa żółtaczki B, a tych jest niewiele. Wydaje się, że pomijając tylko tę jedną szczepionkę, można by uratować wiele dzieci. W Polsce wirus żółtaczki B występuje u około 2 proc. ciężarnych kobiet, a to znaczy, że 98 proc. noworodków nie potrzebuje tej szczepionki. Zaoszczędzone na nich pieniądze można przeznaczyć na testowanie ciężarnych kobiet na obecność tego wirusa.

Inną kwestią jest bezpieczeństwo różnych odmian szczepionek. Jedne zawierają rtęć (czyli thimerosal), inne nie, ale te z rtęcią są tańsze, bo pochodzą zazwyczaj z opakowań wielodawkowych, gdzie rtęć jest stosowana jako środek bakteriobójczy. Można stosować szczepionki bez rtęci, w opakowaniach jednorazowych, które są bezpieczniejsze. Ponadto, programy szczepień powinny być elastyczne. Po pierwszym szczepieniu można badać dzieci na obecność przeciwciał i podawać następną dawkę tylko tym, które nie wytworzyły ich w odpowiedniej ilości. Można też rozdzielać i opóźniać szczepienia, co czyni obecnie wielu rodziców na Zachodzie. W ten sposób radykalnie można zmniejszyć liczby poważnych powikłań poszczepiennych.

Czy sformułowanie „szczepienia obowiązkowe” nie jest manipulacją?

Przyjęta rok temu znowelizowana ustawa o chorobach zakaźnych mówi o obowiązkowych szczepieniach. Jest to tzw. obowiązek obywatelski, to znaczy, że powinniśmy się poczuwać do pewnej liczby szczepień, żeby rzekomo uchronić społeczeństwo od epidemii (choć kilka chorób, przeciw którym szczepi się dzieci, już dawno wygasło, inne – np. tężec – nie są zakaźne i raczej nie zdarzają się u niemowląt, a jeszcze inne są łagodne lub łatwo dają się leczyć). Nie jest to jednak obowiązek prawny. Konstytucja, jak i prawo unijne chroni nas bowiem przed wszelaką przymusową interwencją medyczną. Człowiek ma więc prawo odmówić danego szczepienia czy to dla siebie, czy dla swojego dziecka.

W Ameryce jest spora grupa dzieci z woli rodziców nieszczepionych lub zaszczepionych znacznie później , na przykład po ukończeniu przez nie pierwszego roku życia czy nawet dwóch lat. Czy ktoś monitoruje ich stan zdrowia?

Tak, naukowcy i lekarze badają je i porównują ich rozwój z rozwojem dzieci szczepionych rutynowo. Obecnie bada się około 10 tysięcy takich dzieci. Z dotychczasowych obserwacji wynika, że proporcjonalnie notuje się wśród nich znacznie mniej przypadków autyzmu, chorób psychoneurologicznych, opóźnień rozwojowych, upośledzeń umysłowych, astmy, cukrzycy, a co więcej – sprawniej zwalczają one wszelkie infekcje i używają mniej antybiotyków. Informacje te można znaleźć w internecie, na stronie założonej przez rodziców, lekarzy i naukowców, którzy mieli złe doświadczenia ze szczepieniami i zdecydowali się nie szczepić dzieci lub te szczepienia opóźnić.

Nasuwa się zatem pytanie, czy szczepienia, a przynajmniej w takiej liczbie, są nam w ogóle potrzebne...

O ile w XVIII i XIX wieku, do połowy XX wieku szczepienia rzeczywiście w wielu przypadkach ratowały życie, ponieważ nie było antybiotyków oraz innych metod zwalczania infekcji, to w XXI wieku mamy tak duży arsenał leków do zwalczania chorób zakaźnych, że szczepionki najczęściej nie są do tego konieczne. Społeczność amiszów, którzy żyją w Stanach Zjednoczonych dość blisko natury, nie szczepi się i w ogóle unika zachodniej medycyny. Wiemy, że, owszem, zdarza się im zachorować na różne choroby zakaźne, ale umieralność ich dzieci jest mniejsza niż średnia umieralność dzieci w USA.

No to nasuwa się drugie pytanie: czy nie stoi za tym czyjś interes? Śledztwo duńskich dziennikarzy ujawniło, że tzw. niezależni eksperci WHO figurowali na listach płac gigantów farmaceutycznych. Z kolei dziennikarze Polsatu donieśli, że bliski doradca minister zdrowia Ewy Kopacz jest właścicielem firmy, do której trafiają pieniądze z koncernów farmaceutycznych. Czy można mówić o związku firm farmaceutycznych z rządami?

Bez wątpienia tak. Wiemy, że firmy farmaceutyczne dają ogromne pieniądze, idące w miliony, a nawet miliardy dolarów czy euro, amerykańskim kongresmanom czy posłom w krajach europejskich i w ten sposób kupują sobie ustawy, które dają im „immunitet”. To znaczy, jeżeli czyjeś zdrowie zostanie uszkodzone przez jakąś szczepionkę, lub ktoś zostanie wręcz przez nią zabity, to odszkodowanie za to zapłaci społeczeństwo z publicznych pieniędzy, a nie firma, która tę szczepionkę wyprodukowała i wypuściła na rynek. Wynika to z korupcyjnego systemu, jaki istnieje w większości krajów zachodnich, także w Polsce. Co więcej, wiemy, że to głównie producenci szczepionek naciskają na lekarzy i agencje typu sanepid, żeby wymuszały coraz większą liczbę szczepień i wysoki odsetek wyszczepienia. W Wielkiej Brytanii lekarz dostaje od jednej firmy farmaceutycznej około 8 tysięcy euro „nagrody”, gdy odsetek wyszczepionych dzieci, którymi się opiekuje, przekracza 90 proc., tylko 2,5 tysiąca euro, gdy przekracza 70 proc., a nie dostaje nic, gdy odsetek ten spada poniżej 70 proc. Podobnie jest w innych krajach, choć wysokości nagród mogą być różne. Wiemy też, że na reklamy i apanaże dla lekarzy oraz decydentów medycznych i politycznych firmy farmaceutyczne wydają dziesiątki miliardów — co najmniej dwa razy więcej niż na badania.

We Francji do prasy przeciekły wytyczne o tworzeniu specjalnych centrów szczepień, niektórych zamykanych, o podwyższonym bezpieczeństwie. W amerykańskim stanie Massachussets osoby odmawiające w razie pandemii szczepień mogą być kierowane na kwarantannę, a przy sprzeciwie karane grzywną w wysokości tysiąca dolarów dziennie. Ludzie protestują. Narzucanie szczepień przeciw świńskiej grypie jest dla wielu niepokojące.

Myślę, że należy się niepokoić w każdym przypadku, gdy coś jest przymusowe. Jeżeli tylko w skali USA obowiązkowe szczepienia dla dzieci powodują już tysiące, dziesiątki tysięcy zgonów, to tym bardziej można oczekiwać, że wprowadzenie przymusowej szczepionki i zaszczepienie większej części ludzkości, paru miliardów, mogłoby spowodować ogromną liczbę powikłań i zgonów. Przymusowych szczepień przeciw świńskiej grypie (H1N1), o której bardzo mało wiemy, należy się bać także z tego względu, że nie wiemy dokładnie, co się w tych szczepionkach znajduje. Wiemy, że może się w nich znajdować kilka toksycznych substancji. Jedną z nich jest thimerosal, związek rtęci. Drugim potencjalnie niebezpiecznym związkiem dodawanym do niektórych szczepionek jest skwalen. To substancja tłuszczowa będąca pośrednikiem w syntezie cholesterolu. Skwalen jest niezbędny do tworzenia się cząsteczek cholesterolu, który z kolei jest niezbędnym składnikiem życia, potrzebnym do prawidłowego funkcjonowania błon komórkowych. Ponadto cholesterol jest używany do produkcji wszystkich hormonów sterydowych, a więc hormonów niezbędnych dla organizmu do zwalczania stresu, hormonów płciowych i mineralokortykoidów. Wiemy z doświadczeń na zwierzętach oraz badań i obserwacji klinicznych, że domięśniowe wstrzyknięcie skwalenu w postaci szczepionki powoduje wytworzenie się przeciwciał przeciw temu związkowi, które atakują potem wszystkie komórki. Istnieją więc uzasadnione obawy, że pojawienie się takich przeciwciał u osób zaszczepionych może spowodować poważne uszkodzenie całego organizmu, ciężkie choroby typu autoimmunologicznego oraz przyspieszyć zgon wielu ludzi. Tego typu reakcje zaobserwowano u żołnierzy amerykańskich, którym podano szczepionki przed wojną w Zatoce Perskiej. Obecny w niektórych z nich skwalen spowodował bardzo poważną chorobę immunologiczną, która trwale uszkodziła ich organizmy, co gorsze, uszkodzenia te są przekazywane następnym pokoleniom. Dzieci tych żołnierzy urodziły się z poważnymi wadami i są upośledzone w podobny sposób jak ich ojcowie, spośród których wielu jest dziś okaleczonych, na wózkach inwalidzkich, choć nie byli zranieni podczas wojny.

Wydaje się więc, że masowe szczepienia przeciw chorobie, która jak wiemy, ma stosunkowo łagodny przebieg, nawet łagodniejszy od zwykłej grypy sezonowej, nie mają żadnego klinicznego czy epidemiologicznego uzasadnienia. Były podyktowane wyłącznie chęcią gigantycznych zysków dla producentów szczepionek i według amerykańskiej bazy danych VAERS spowodowały już w USA od 320 do 3200 zgonów oraz od około 4 tysięcy do 40 tysięcy ciężkich powikłań. Liczba ofiar tych szczepionek stale rośnie. Koncerny farmaceutyczne zapewne przewidziały, że takie będą skutki tych szczepień, dlatego zawczasu zapewniły sobie immunitet od odpowiedzialności za trwałe okaleczenie lub zabicie tysięcy ludzi.

Prowadzone są badania nad wykorzystaniem w szczepionkach nanotechnologii. Ma to przyspieszyć reakcję układu odpornościowego na dany antygen. Ale czy to jest bezpieczne?

Trzeba zacząć od wyjaśnienia, co to są nanocząstki. Otóż są to cząstki jakiegoś związku o bardzo małych rozmiarach – wielkości nanometra. Nanometr to 10-9 metra. Szerokość łańcucha DNA wynosi na przykład około 2,5 nanometra, a białka – od 5 do 50 nm. Nanocząstki są tak małe, że przenikają właściwie wszystkie struktury komórkowe – przedostają się do jądra komórkowego i do materiału genetycznego. Badania naukowe dowiodły, że nanocząstki stosowane w medycynie mogą niszczyć DNA i powodować mutacje, których skutkiem będzie cały szereg chorób, na przykład choroby degeneracyjne albo nowotworowe. Albo inne nieznane nam schorzenia, niewystępujące w sposób naturalny, bo nanocząstki są sztucznie stworzone. Wiemy z publikacji, która ukazała się w ubiegłym roku, a pochodzi z chińskiego uniwersytetu, że część kobiet, które pracowały w fabryce i były narażone na wdychanie nanocząstek – w tym przypadku był to związek poliakrylu – umarła. Jest to bezpośredni dowód na to, że nanocząstki mogą być groźne dla zdrowia ludzi. Gdyby więc ktoś próbował umieścić je w szczepionkach stosowanych na masową skalę, skutki tego eksperymentu byłyby nieobliczalne. W internecie pojawiły się informacje, że nanocząstki znajdują się w szczepionkach przeciw świńskiej grypie. Tego na pewno nie wiemy, ale to jeszcze jeden powód, by obawiać się tych szczepionek. Ich skutki nie muszą być widoczne od razu, objawy niepożądane mogą bowiem wystąpić po paru miesiącach lub latach.

Skąd wziął się wirus świńskiej grypy?

Wydaje się, że obecny szczep grypy A/H1N1 pojawił się nagle, choć inne podobne szczepy są endemiczne dla ludzkich populacji. Istnieją przypuszczenia, a pochodzą one od naukowców, że wirus mógł zostać sztucznie stworzony w laboratoriach. I nie są to podejrzenia do zignorowania. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oraz Amerykańskie Centrum Kontroli Chorób Zakaźnych (CDC), zaczęły mówić o pandemii już w marcu, kwietniu, gdy pojawiły pierwsze zachorowania i praktycznie nic nie wiadomo było jeszcze o tej chorobie. CDC przyznało się też do tego, że jego naukowcy odtworzyli wirusa hiszpanki – grypy, która zabiła w roku 1918 podobno około 50 milionów ludzi. Dlaczego to zrobili, pozostaje znakiem zapytania.

Do połowy grudnia w krajach Unii Europejskiej przeciw świńskiej grypie zaszczepiło się tylko 2 proc. mieszkańców. Szczepionki zalegają z magazynach rządowych. Kto się szczepi, a kto odmawia szczepień?

Wydaje się, że szczepią się głównie ludzie, którzy posiadają małą wiedzę, ludzie biedni, natomiast ludzie świadomi, a więc lekarze, naukowcy, ludzie wykształceni najczęściej odmawiają tych szczepień. Znamienne jest, że w USA w wielu stanach w klinikach lekarze i pielęgniarki nie szczepią ani siebie, ani swoich pacjentów. To samo ma miejsce we Francji, Niemczech czy Skandynawii. Jak widać, wiele zależy od stopnia świadomości danego społeczeństwa, lecz opór przeciw przymusowym szczepieniom rośnie na całym świecie. I słusznie, bo po pierwsze wszelki przymus jest sprzeczny z demokracją, a po drugie zarówno te szczepionki jak i sama „pandemia” świńskiej grypy są wielce podejrzane. Sama uznaję zasadę: nie psuć tego co dobre, czyli im mniej interwencji medycznych w zdrowy organizm, tym dla niego lepiej. Dlatego nie zamierzam się szczepić.

Czy mogą nas zmusić do szczepień?

Jak już wspomniałam, według znowelizowanej ustawy o chorobach zakaźnych, naszej konstytucji oraz prawa UE, nikt nie może stosować wobec nas przymusu medycznego, więc nie można nikogo zmusić do szczepienia ani ukarać za odmowę zaszczepienia siebie lub swego dziecka. I o ile wiem, nigdzie w UE ani w USA nie zastosowano dotąd przymusowych szczepień przeciw tej grypie. Myślę, że politycy zdają sobie sprawę, czym może grozić taki przymus.

Dlaczego z różnych źródeł padają sprzeczne informacje? Jedni zapewniają, że szczepionki są bezpieczne, inni przed nimi ostrzegają.

Wiele czasopism naukowych, szczególnie medycznych, tych, które do niedawna były najbardziej prestiżowe, takimi już być przestały. Stały się bowiem własnością monopolistycznych gigantów wydawniczych sponsorowanych przez koncerny farmaceutyczne lub będących ich współwłasnością, konsorcjów, które produkują szczepionki lub posiadają media również żyjące z reklam firm farmaceutycznych. W dominujących korporacyjnych pismach medycznych najczęściej publikowane są obecnie tzw. infomercials, czyli informacje reklamowe ubrane w formę informacji naukowej. Próżno więc w nich szukać uczciwej wiedzy na temat leków czy szczepionek. Nieskażoną konfliktem interesu prawdę biomedyczną znajdziemy dziś tylko w pracach naukowych niezależnych badaczy, publikowanych w niezależnych (jeszcze) pismach naukowych, często powszechnie dostępnych w internecie. Dobrym źródłem informacji jest baza danych PubMed (tłumacząc na język polski: medycyna publiczna) stworzona przez Narodową Bibliotekę Medyczną w USA. W tej ogromnej bazie danych znajdują się linki do streszczeń, czasem także pełne teksty publikacji biomedycznych z całego świata, zarówno tych sponsorowanych przez korporacje, jak i niezależnych. Po wpisaniu w okienko jakichś haseł można dotrzeć do informacji na temat różnych publikacji. Poza tym w internecie, przez Google’a, można znaleźć sporo publikacji, a także informacji niepublikowanych w oficjalnych czasopismach, ale udokumentowanych.

Właśnie z internetu można się dowiedzieć o pozwie przeciw ONZ i WHO oraz firmie Baxter złożonym przez austriacką dziennikarkę śledczą Jane Burgermeister. Czy zna Pani tę sprawę?

Z mediów mi wiadomo, że Jane Burgermeister przez lata pracowała dla pism medycznych i specjalizowała się w publikacjach dotyczących szczepionek, więc wydaje się, że ma dużą wiedzę na temat ich składu i zagrożeń związanych z niektórymi ich składnikami. Sądzę, że skoro przygotowała taki pozew, to ma dowody. Sprawa dotyczy m.in. firmy Baxter, która starała się wprowadzić na rynek europejski szczepionkę z zabójczym żywym wirusem ptasiej grypy. Wiemy też, że szczepionka ta zastała przetestowana przez czeskich naukowców, którzy sprawdzili jej bezpieczeństwo na fretkach. Okazało się, że zaszczepione zwierzęta ciężko zachorowały i zmarły lub musiały być uśpione. Nie wiemy, dla jak dużej populacji była przeznaczona ta szczepionka, ale pamiętamy, że w 2007 roku w Polsce kilkunastu bezdomnych, którzy zostali bez ich wiedzy zaszczepieni szczepionką przeciw ptasiej grypie – zmarło. Niewykluczone, że podobny los spotkałby ludzi zaszczepionych szczepionką Baxtera. Na szczęście czescy naukowcy wykryli to zanieczyszczenie, ratując być może dużą populację europejską.

Oprac. Katarzyna Lewkowicz-Siejka

[Za udostępnienie materiału dziękujemy Kampanii Natura bez Granic: www.fnbg.org]
przewiń na górę ^