Intronizacja czy przyjęcie Króla?

787

Czy ogłoszenie przez Episkopat Polski Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana — powszechnie odbierane jako ustanowienie Pana Jezusa Królem Polski — w jakikolwiek sposób poprawi sytuację naszego kraju? 

Biskupi przygotowali specjalny Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, który proklamowano 19 listopada w krakowskich Łagiewnikach, a dzień później odczytano we wszystkich katolickich kościołach w Polsce. Wyrazili w nim pragnienie, żeby w akt ten stał się znaczącym krokiem w procesie przywracania Jezusowi należnego Mu miejsca w naszym życiu osobistym, zawodowym i społecznym. Nie chodzi o to — napisali biskupi — by wynosić Jezusa na tron, bo przecież już jest Królem królów i Panem panów, ale by całym życiem i postępowaniem uznawać Jego królewską godność i władzę.

Król Polski czy Król Wieków

Mimo tak ogólnikowych sformułowań wierni i media uparcie określają to wydarzenie intronizacją Jezusa Chrystusa na Króla Polski. Może to przez gremialną obecność na tej uroczystości przedstawicieli najwyższych władz państwa? A może przez początkowe słowa aktu: „Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste (…) oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród”? Niby nic o Królu Polski, ale jednak wymienione są w nim władze świeckie, które obok władz duchownych, zawierzają Ojczyznę i Naród panowaniu Jezusa Chrystusa.

Dlatego w późniejszych doniesieniach medialnych przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego wyjaśniali, że ustanawianie Jezusa Królem Polski byłoby aktem politycznym i pomniejszeniem Jego roli i znaczenia jako Króla Wszechświata; że chodziło tylko o akt wiary — apel, by Jezus był Królem każdego z nas i zmieniał nasze życie.

Można odnieść wrażenie, że Kościół rzymskokatolicki specjalnie tak sformułował dokument, by każdy z zainteresowanych odczytał go po swojemu. By ci, którzy chcieli ustanowić Jezusa Chrystusa Królem Polski, widzieli w tym akt takiej właśnie intronizacji, a ci, co nie chcieli, mogli mówić, że nie o to chodziło.  Bo choć jeszcze w 2008 roku Episkopat uważał, że intronizacja Jezusa na Króla Polski byłaby „niewłaściwa i niepotrzebna”, to już na początku 2016 roku jeden z biskupów sugerował, że „uznanie przez wspólnotę ojczystą panowania Jezusa Chrystusa nad nią jest teologicznie dopuszczalne”.

Wizje Celakówny

Idea uznania Chrystusa za Króla Polski zrodziła się już przed drugą wojna światową w umyśle katolickiej wizjonerki Rozalii Celakówny. W jej Wyznaniach z przeżyć wewnętrznych można przeczytać o jej wizjach z lat 1938-39, w których „Jezus” miał nakazać swoją intronizację tym narodom, które chcą uniknąć zagłady z powodu moralnego zepsucia. Ratunkiem dla Polski miałoby być uznanie Go za Króla i Pana „w całym Państwie z Rządem na czele”. Powstało nawet Stowarzyszenie „Róża” propagujące orędzia Celakówny. Jego członkowie twierdzą, że gdyby Jezus został intronizowany już przed drugą wojną światową, to by do niej nie doszło. Postulowali nawet, by intronizacji Chrystusa na Króla Polski dokonali wspólnie parlament i episkopat. Ostatecznie dokonał jej sam Kościół w ramach uroczystości ściśle religijnej, ale za to w obecności najwyższych władz polskiego państwa, no i nazywając to nie tyle intronizacją, co przyjęciem Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, wraz z zawierzeniem Mu Ojczyzny i Narodu.

Czy po tym akcie sytuacja w Polsce ulegnie zdecydowanej poprawie? Chciałoby się powiedzieć: pożyjemy, zobaczymy. Aczkolwiek pewne analogiczne doświadczenia historyczne już mamy.  Chodzi o Marię, która z woli króla Jana Kazimierza „króluje” nam już ponad 400 lat. Szkoda, że jej królowanie nie uchroniło nas przed rozbiorami, wojnami i komunizmem. Coś ewidentnie nie zadziałało. Albo to Maria nie mogła dokonać tyle, ile się jej przypisuje, że może, albo to Polacy tacy niereformowalni, albo żadne religijno-polityczne manifestacje oficjalnego oddania się, poddania pod niebiańskie królowanie, do nieba w ogóle nie docierają lub nieba nie obchodzą. Dlaczego z obecną „intronizacją” miałoby być inaczej?

Wartość publicznych deklaracji

Oczywiście każdy Kościół może robić w kwestiach kultowych, co chce, i proklamować, co chce. Ale dlaczego właśnie ten Kościół proklamował taki akt właśnie teraz? Może chodzi o wykorzystanie kolejnej po jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski okazji do umocnienia w narodzie poczucia duchowego zwierzchnictwa nad nim rzymskiego katolicyzmu? A może chodzi też o coś więcej? Wraz z chrztem Polska zaczęła odprowadzać do Rzymu tzw. świętopietrze — opłatę z racji zwierzchnictwa papiestwa nad polskimi ziemiami. I tak do XVI wieku. Aż ciśnie się na usta pytanie, ile obecnie będzie kosztować polskiego podatnika ta szczególna, „królewska” opieka. Ile i dlaczego tak dużo?

Szkoda, że „obwołując” Pana Jezusa Królem, nikt nie zapytał o zdanie samego zainteresowanego. Choć właściwie w Jego przypadku należałoby raczej napisać: niezainteresowanego. A to zdanie zostało już wyrażone w Nowym Testamencie. Ewangelista Jan sprawozdaje, że już w jego czasach jakaś grupa, zapewne religijno-politycznych fanatyków żydowskich, zamierzała Jezusa „podejść, porwać (…) i obwołać królem”1. Jednak nie udało się, bo Jezus im uciekł. Jeszcze wcześniej nie jedno królestwo, ale wszystkie królestwa tego świata oferował Jezusowi sam szatan, ale i jemu Jezus odmówił2. Jezus odmawiał, bo jak sam uczył: „Królestwo moje nie jest z tego świata”3.

Dlatego żadne publiczne enuncjacje, nawet te kościelne, choćby wsparte autorytetem najwyższej władzy świeckiej, nie uczynią z Polski Królestwa Bożego na ziemi — bowiem „Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie”4. Ono ma być w nas. Powstaje dzięki przyswojeniu sobie przez ludzi charakteru Chrystusa. I nie jest to nawet nasze dzieło, tylko Ducha Świętego. To On sprawia, że patrząc na Jezusa, najpełniej odmalowanego w Słowie Bożym, zostajemy przemienieni na Jego obraz5.

Nie negując nawet szczerych intencji religijnych organizatorów i politycznych uczestników tych uroczystości „intronizacyjnych”, trudno je brać na poważnie, gdy odbywają się w atmosferze zaciekłej walki politycznej toczonej na wielu frontach życia publicznego. Za tę sytuację odpowiada każda strona sporu. Jeśli jednak jedna z tych stron tak mocno angażuje się — choćby przez gremialną obecność swoich politycznych przedstawicieli na tej religijnej uroczystości — w zawierzenie Polski Jezusowi Chrystusowi, to chciałoby się, by choć ta strona okazywała więcej ducha pojednania niż druga. Bez tego wszelkie takie uroczystości to tylko tynkowanie zagrzybionej ściany.

Olgierd Danielewicz

1 J 6,15. 2 Zob. Mt 4,8-10. 3 J 18,36. 4 Łk 17,20-21. 5 Zob. 2 Kor 3,18.
Foto: Flickr

2 KOMENTARZE

  1. Przykre jest to ze czasopismo religijne które pracuje dla Jezusa robi to odpłatnie ograniczając w ten sposób zasięg swoich wpływów .Nie to polecił Chrystus apostołom .Dajesz mało i dlatego otrzymujesz mało

    • Szanowna Pani, Słowo Boże uczy, by nawet młócącemu wołowi nie zawiązywać pyska, a robotnikowi płacić godziwą zapłatę za jego pracę. Wydawnictwo „Znaki Czasu” też zatrudnia redaktorów, korektorów, łamaczy tekstu, obsługę administracyjno-handlową i ma wobec nich wszystkich zobowiązania. A z pustego w próżne i Salomon nie naleje. Dlatego jesteśmy poniekąd zmuszeni nasze „religijne” publikacje sprzedawać, a nie rozdawać. Choć wiele po pewnym czasie również rozdajemy, a wiele artykułów też po pewnym czasie publikujemy w całości. Pozdrawiam, Andrzej Siciński, redaktor naczelny.

Comments are closed.