Ostatnia walka Tomasza Kality

349

Niedawna i zdecydowanie przedwczesna śmierć Tomasza Kality, byłego posła na Sejm RP i rzecznika prasowego SLD, sprawiła, że media i opinia publiczna ponownie zainteresowały się tematem tak zwanej medycznej marihuany.

Ostatnia walka Kality 1

O medycznej marihuanie zaczęło być głośno całkiem niedawno, gdy z początkiem zeszłego roku z Centrum Zdrowia Dziecka zwolniono dyscyplinarnie neurologa Marka Bachańskiego. Doktor był pierwszym w Polsce lekarzem wykorzystującym zarejestrowane w Europie jako lekarstwa preparaty z marihuany do leczenia dzieci cierpiących na ciężką padaczkę. Jedno z nich miało nawet 300 ataków padaczkowych dziennie. Terapia preparatami przygotowanymi na bazie marihuany zmniejszyła ich liczbę do 30. Lekarzowi zarzucono prowadzenie nielegalnego eksperymentu medycznego. Zwolniono go mimo protestów rodziców leczonych dzieci. Ostatecznie winy lekarza nie dopatrzył się ani rzecznik odpowiedzialności zawodowej, ani sąd, który nakazał CZD przyjęcie Bachańskiego z powrotem do pracy. Również prokuratura umorzyła sprawę, nie dopatrzywszy się w jego działaniach znamion przestępstwa. Właśnie ogłosiła, że przy leczeniu dzieci medyczną marihuaną nie doszło do narażenia zdrowia i życia pacjentów.

Jeszcze wcześniej, bo latem 2015 roku aresztowano Ewę i Dariusza Dołeckich, rodziców prezesa stowarzyszenia „Wolne konopie”, za próbę przemytu do Polski ponad jednego litra oleju z konopi, który — jak wyjaśniali — miał być przeznaczony dla ich chorej na raka matki. Za ten czyn mogą spędzić w więzieniu nawet 15 lat. W ich obronie pojawiły się głosy, że nie wolno karać ludzi za to, że chcą ratować zdrowie i życie najbliższych, nawet sięgając po tak niekonwencjonalne środki. Już wtedy pojawiły się głosy, że sprawą marihuany medycznej powinien jak najszybciej zająć się parlament.

Przypadek Dołeckich, choć głośny, jeszcze nie zelektryzował tak opinii publicznej, jak późniejszy przypadek doktora Bachańskiego. Może dlatego, że to rodzice prezesa „Wolnych konopi” — stowarzyszenia, które postawiło sobie za cel legalizację każdego, również „rekreacyjnego” używania marihuany, a nie tylko dla celów medycznych. Być może w powszechnym odczuciu odbierano ten przypadek jako próbę wykorzystania konieczności medycznego użycia marihuany do walki o legalizację każdego innego jej używania. Bachański natomiast w żaden sposób nie był związany z walką o legalizację marihuany jako takiej.

Również Trybunał Konstytucyjny, jeszcze w poprzednim składzie, dostrzegł ten problem. W orzeczeniu z 17 marca 2015 roku zwrócił uwagę Sejmowi RP na potrzebę prawnego uregulowania kwestii medycznego wykorzystania marihuany, gdyż „w świetle aktualnych badań naukowych marihuana może być wykorzystywana w celach medycznych, zwłaszcza w przypadku łagodzenia negatywnych objawów chemioterapii stosowanej w chorobach nowotworowych”.

Czy marihuana leczy?

Chodzi o obecne w marihuanie kannabinoidy, które — jak twierdzą zwolennicy legalizacji medycznego wykorzystywania marihuany, powołując się na najnowsze badania — zwalniają rozwój raka, niszczą komórki nowotworowe, łagodzą ból, objawy zmęczenia, nudności i innych niepożądanych skutków choroby nowotworowej.  Jako jeden z wielu przykładów podaje się tu badania biolog Cristiny Sanchez z Madrytu, która badała wpływ THC — głównego psychoaktywnego składnika marihuany — na komórki raka mózgu, w tym komórki glejaka. Efekt: w kontakcie z THC komórki rakowe umierały. Z kolei „British Journal Pharmacology” z 2006 roku opublikował wyniki badań, z których wynika, że THC znacznie zmniejsza rozprzestrzenianie się komórek guza. Do podobnych wniosków w tym samym czasie doszli uczeni z Harvardu w odniesieniu do wpływy THC na guza raka płuc, stwierdzając wręcz, że THC wybiórczo niszczy komórki nowotworowe, nie szkodząc zdrowym komórkom. Każdego roku pojawiają się kolejne badania wykazujące skuteczność kannabinoidów w walce z różnymi odmianami raka. Coraz więcej reprezentantów nauk medycznych przyznaje, że odkrycie przeciwnowotworowych właściwości kannabinoidów to epokowy postęp w terapii leczenia raka.

Lex Kalita

Jednak nic tak nie zelektryzowało opinii publicznej jak choroba nowotworowa Tomasza Kality i jego starania o uchwalenie ustawy dopuszczającej lecznicze wykorzystywanie marihuany. W maju zeszłego roku u Kality zdiagnozowano glejaka wielopostaciowego.

Jak każdy chory w zderzeniu z jedną z najbardziej złośliwych postaci raka zaczął się zastanawiać, czy poza konwencjonalnymi sposobami leczenia istnieją jeszcze jakieś niekonwencjonalne — takie, które jeśli nawet nie wyleczą, to chociaż wspomogą proces leczenia konwencjonalnego lub przyniosą ulgę w bólu i innych uciążliwościach choroby, które prędzej czy później się pojawią. Szybko dowiedział się o marihuanie medycznej.

Jako legalista — jak sam o sobie często mawiał w wywiadach — nie chciał decydować się na nielegalne sprowadzanie tego lekarstwa z zagranicy czy kupowanie go w Polsce z nielegalnych źródeł. Chciał się leczyć legalnie. Postanowił wykorzystać swoje doświadczenie parlamentarne i posiadane kontakty, również te medialne dla rozpoczęcia starań o uchwalenie ustawy legalizującej medyczne wykorzystywanie marihuany w Polsce.

Spotykał się w tym celu z liderami partii politycznych. W jednym z wywiadów mówił: „Mamy szansę coś pozytywnego zrobić. Zawsze wierzyłem w to, że polityka to jest sztuka zmieniania rzeczywistości i miejmy nadzieję, że uda się tę rzeczywistość w tym przypadku zmienić”.

Naturalnym sojusznikiem Kality okazał się poseł Liroy-Marzec — raper i miłośnik marihuany używanej nie tylko do celów leczniczych. W imieniu klubu Kukiz’15 złożył on do Sejmu projekt ustawy. Zapewniał, że projekt był konsultowany z wieloma ekspertami i politykami różnych partii i że jest wola polityczna, by tę sprawę szybko załatwić. Nawet prezydent Andrzej Duda, który spotkał się z Tomaszem Kalitą, deklarował poparcie dla sprawy. Ustawę, o której uchwalenie do ostatnich chwil zabiegał chory na raka poseł, media nazwały już nawet określeniem „lex Kalita”. Niestety utknęła ona w komisjach sejmowych i Kalita już nie doczekał jej uchwalenia.

Uparte „nie”

Już po niedawanej śmierci Kality minister zdrowia Konstanty Radziwiłł podzielił się publicznie własną — jak zastrzegł — opinią na temat medycznego wykorzystywania marihuany. Stwierdził, że  nie ma powodu, by zakładać w kraju jej uprawy, gdyż nie jest to wyjątkowo potrzebny lek. Jednocześnie przyznał, że dopuszcza sytuację, gdy niewielka grupa pacjentów leczona jest eksperymentalnie medyczną marihuaną, którą przygotowywałyby specjalnie w tym celu wytypowane apteki. Generalnie jednak dla ministra marihuana nie jest lekiem, gdyż jego zdaniem nie ma na to dowodów. Tymczasem jeszcze we wrześniu wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda deklarował, że uprawa marihuany medycznej w Polsce jest brana pod uwagę. Typowano już nawet miejsca upraw.

Dziwi ta nieugięta postawa polskiego ministerstwa zdrowia, zwłaszcza wobec faktu, że marihuana wykorzystywana jest w leczeniu w wielu państwach świata, w tym tych bardziej rozwiniętych medycznie.

Dziwi, gdyż minister zdrowia powinien wiedzieć, że pojęcie „leczenia” nie ogranicza się tylko do leczenia przyczynowego, a więc dążenia do usunięcia zasadniczej przyczyny choroby, ale może być także leczeniem objawowym — usuwającym lub choćby tylko łagodzącym objawy choroby, bez zwalczania jej przyczyn. Tak właśnie leczy się marihuaną.

Dziwi to nieustanne ostrzeganie przez ministra, że marihuana to narkotyk i jako taki silnie uzależnia, stąd potrzeba daleko posuniętej ostrożności. Dziwi, bo przecież już od dawna chorzy używają legalnie morfiny, też narkotyku. Tyle że marihuana nie wyłącza tak świadomości chorego jak morfina i pozwala mu bardziej świadomie spędzić ostatnie chwile z bliskimi. Ostrożność tak, ale czy taka, by blokować lub znacznie utrudnić chorym dostęp do leku w wielu miejscach poza Polską legalnie dopuszczonego do terapii?

Postawa ministra z prawicy dziwi tym bardziej, że już nawet Kościół rzymskokatolicki w zeszłym roku ustami arcybiskupa Henryka Muszyńskiego wyraził się pozytywnie o leczniczym wykorzystywaniu marihuany. W rozmowie z serwisem  Cannabis News hierarcha powiedział: „Jeżeli to jest lek, to nie widzę w tym nic złego. Ważna jest intencja, a w tym przypadku marihuanę podaje się do celów leczniczych. Leczy się ludzi, pomaga się ludziom — to jest istotne”.

Nic przeciwko leczniczemu wykorzystywaniu marihuany nie ma też Kościół Adwentystów Dnia Siódmego. Wynika to choćby z jego własnego prawa kościelnego. Choć przewiduje ono stosowanie kościelnej dyscypliny (zawieszenia w prawach członka Kościoła lub nawet pozbawienia członkostwa) wobec wiernych Kościoła za „niewłaściwe używanie (…) narkotyków”, to przecież wynika z tego, że jednocześnie prawo to dopuszcza możliwość „właściwego” ich używania. W komentarzu do tego przepisu adwentyści napisali: „Niektóre środki odurzające i narkotyki mogą być jednocześnie lekarstwami, jak na przykład morfina. I jako takie zgodnie z prawem mogą być produkowane, sprzedawane i używane w medycznie uzasadnionych sytuacjach”. „Niewłaściwe używanie” może oznaczać używanie narkotyków z innych powodów niż lecznicze lub nawet z powodów leczniczych, ale błahych, lub nawet poważnych, ale w nadmiernej ilości (nadużycie). Może to też oznaczać odstępowanie innym (nie chorym) przepisanego sobie z powodów medycznych narkotyku.

Być może barierą dla ostatecznej akceptacji leczenia marihuaną w Polsce są ci, którzy paradoksalnie są dziś najgorliwszymi rzecznikami legalizacji tej metody leczenia. Są to bowiem te same osoby, które w przeszłości chciały legalizacji marihuany jako takiej, nie tylko do leczenia. Od rzemyczka do kamyczka. Być może władza obawia się zasady ruchomego horyzontu — że gdy pozwoli na jej medyczne używanie, otworzy drogę do jej  nadużywania, a z czasem do żądań legalizacji każdego jej użycia.

Być może… Ale czy takie obawy przekonają poważnie chorych i ich rodziny, których pozbawia się w ten sposób prawa do leczenia się w sposób, który uznają za stosowny, zwłaszcza w obszarach, w których medycyna często okazuje się już bezsilna?

Tomasz Kalita przegrał z chorobą, ale jest szansa, żeby choć pośmiertnie wygrał swą walkę o poszerzenie możliwości legalnego niesienia ulgi innym chorym. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Olgierd Danielewicz

Zdjęcie: Flickr

Pojęcie „leczenia” nie ogranicza się tylko do leczenia przyczynowego — dążenia do usunięcia zasadniczej przyczyny choroby, ale może być także  leczeniem objawowym — usuwającym lub choćby tylko łagodzącym objawy choroby. Tak właśnie leczy się marihuaną