Kot, który potrzebował pana (cz. 1)

655

Historia domowego kota skłaniająca do refleksji nad niezwykłą miłością niebiańskiego Ojca, który pomaga i ludziom, i zwierzętom.

Kilka dni przed sylwestrem 2013 roku odwiedziłam ojca. Trzy miesiące wcześniej jego kotka miała wyjątkowo liczny miot. Kocięta były na pół dzikie, uciekały od ludzi. Tylko jedno z nich zachowywało się nietypowo — niezwykle garnęło się do ludzi. Gdy pierwszy raz zobaczyłam tego kotka, błyskawicznie wskoczył na krzesło i pociesznie tulił się pyszczkiem do mojej ręki. Wracając do domu, nie mogłam przestać o nim myśleć. Chociaż obiecałam sobie, że żadnych zwierząt już więcej nie wezmę do domu, to nie wytrzymałam. Pierwszego stycznia przygarnęłam nowego domownika, ku radości córki, a niechęci męża.

Aby tylko złapać styk

Miluś migiem zdobył nasze serca. Wyrósł na ślicznego, grzecznego kocurka. Ma tak komiczne przyzwyczajenia, że nieustannie wywołuje u nas salwy śmiechu oraz dowcipne komentarze. Niestety, nasza radość zamieniła się w smutek, gdy Miluś zaczął chorować.

Weterynarz nie wiedział, co mu jest. Zmieniał terapie, z których każda okazywała się nieskuteczna. Kot nie mógł oddawać moczu i krwawił. Widać było, że cierpi okrutnie. Przeszedł kilka operacji czyszczenia cewki moczowej, po których długo nie mógł dojść do siebie. Za każdym razem musiałam pamiętać o aplikowaniu mu serii leków, co nie było takie proste, bo walczył z tabletkami jak lew, a nie miałam czasu, by tak często jeździć na zastrzyki. Byłam załamana. Nie mogłam patrzeć na cierpienia tego zwierzątka, a nie miałam serca go uśpić! Opieka nad chorym kotem stała się dla mnie źródłem ustawicznych zmartwień. Prosiłam Boga, by ukrócił jego cierpienia, gdyż jak głosi Księga Psalmów, Stwórca wszystkich żywych istot „pomaga ludziom i zwierzętom”1. Po kolejnej operacji lekarz powiedział, że akcja serca kota uległa zatrzymaniu, ale w wyniku zastosowanej reanimacji… przeżył. Dodał, że żadnej operacji więcej nie przetrwa. Zalecił, aby wysłać próbki jego moczu do specjalistycznego zagranicznego laboratorium analitycznego dla zwierząt. Gdy przyszły wyniki, wezwał mnie i oznajmił, że kot cierpi na nowotwór nabłonka pęcherza moczowego. Powiedział, że miał psa, który zachorował na tę samą chorobę, i choć robił wszystko, co było w jego mocy, to nie zdołał pupila uratować. Dał mi do wyboru: albo kota uśpić, albo zastosować u niego leczenie podtrzymujące, gdyż i tak zdechnie w ciągu kilku miesięcy. Wybrałam leczenie. Pytałam samą siebie: po co mi taki kłopot? Ale nie mogłam inaczej.

To zwierzątko „kupiło” mnie swoim przywiązaniem i okazywanym mi zaufaniem. Koty są zwykle niezależne i on też ma sporo indywidualizmu, lecz chodzi za mną wiernie jak pies! Bez przerwy szuka okazji do przytulenia się lub położenia się gdzieś obok. A gdy jestem w kuchni i przygotowuję posiłki, to kładzie się obok na podłodze i stara się przynajmniej tylnymi łapkami „złapać ze mną styk”.

Po jednej z operacji, gdy przyniosłam go jeszcze w stanie narkozy do domu, położyłam go na podłodze w przedpokoju na kocyku, aby tam doszedł do siebie. Udałam się do kuchni, żeby przygotować kolację. Zaaferowana mieszałam coś w garnku i nagle…aż krzyknęłam z zaskoczenia! Miluś, w takiej samej nieruchomej pozycji jak go uprzednio zostawiłam, leżał obok moich stóp! W pierwszej chwili pomyślałam: kto go tu przyniósł? Ale w domu byłam sama, a weterynarz powiedział, że wybudzanie zajmie mu jeszcze ze dwie godziny. Zrozumiałam, że zwierzak widocznie częściowo ocknął się wcześniej, i jak tylko usłyszał moje krzątanie się, to resztką sił przyczołgał się do mnie. Ubrudzony zaschniętą krwią, śmierdzący jakimiś preparatami, z założonym szwem na grzbiecie (po przecięciu czyraka), na pół nieprzytomny, uparcie zdążał w stronę swej pani. Przecież tam jest życie, jedzenie i czułość! To nic, że boli, ale tam muszę za wszelką cenę dojść, bo tam jest ratunek. Jak tylko znajdę się obok mej pani, to na pewno  wszystko będzie dobrze. Tylko trzeba iść, czołgać się z całych sił…

Niezależni lecz zbłąkani

„Wół rozpoznaje własnego pana i osioł żłób swego właściciela. Tylko Izrael nie uznaje nikogo, niczego mój lud nie rozumie. Nawet bocian w przestworzach zna swój czas, synogarlica, jaskółka i żuraw przestrzegają pory swojego przylotu, lecz mój lud nie chce znać prawa Pana”2.

Te słowa ujawniają, że Bóg miał ze swym ludem duży problem. Mimo licznych błogosławieństw i cudów uczynionych, by ich ratować z rąk wrogów, dowodów przebaczenia, miłości i troski, darowania licznych dóbr materialnych i pięknych obietnic zbawienia, naród ten przeważnie nie okazywał wdzięczności i lojalności względem swego Pana, Boga Jahwe. Była w nim tylko pewna „resztka”, która wiernie przestrzegała Bożego prawa, lecz — prócz krótkich okresów panowania kilku prawych władców, np. pierwszego okresu rządów króla Salomona — nigdy większość. Jak to jest, że nierozumne zwierzęta idą za głosem wszczepionego w ich umysł przez Stwórcę instynktu, a człowiek uczyniony na obraz Boży, obdarzony dużo większymi możliwościami intelektualnymi, nie potrafi rozpoznać ręki, która go karmi i utrzymuje przy życiu?

Czy dzisiaj jest inaczej? Nazywamy się chrześcijanami, ale czy garniemy się do Boga — Dawcy życia, czy może tylko do Kościoła? Na ile kościelne ławki, witraże, artefakty i ceremonie dają nam kojące poczucie trwania przy naszym Stworzycielu i Zbawicielu — Jezusie Chrystusie?3. Wreszcie — jak to ktoś obrazowo wyraził — szukamy Jego twarzy czy tylko Jego ręki?

Czasem czujemy się zniechęceni do wszelkiej religii, i tym samym do Boga, gdy widzimy zachowanie i postawy osób kreujących się na wierzące. I częściowo mamy rację. Mahatma Ghandi podobno powiedział, że chrześcijaństwo byłoby bardzo dobrą religią, gdyby nie chrześcijanie… Mimo to nie możemy pozwolić, aby czyjeś chybione zrozumienie uduchowienia zabrało nam niezwykłą szansę na spotkanie z Kimś niezwykłym.

Jezus Chrystus zupełnie nie patrzy na to, ile kto w życiu opanował wiedzy, jakich funkcji się dochrapał, jak głośno krzyczy i w jak „znakomitym” towarzystwie się znajduje. On nie zważa na tych, którzy o swej mądrości wiele myślą4, i bez wnikliwego badania i sprawdzania od razu wiedzą lepiej. Nie zna tych, którzy nie rozumieją istoty prawdziwego przebaczenia, otwartości na rzeczowy dialog, na konfrontację, gdyż tak są niepewni swych racji, że boją się, że ktoś im wytrąci argumenty z ręki. Jezus nie ma względu na osobę, ale liczy się dla Niego każdy pojedynczy człowiek. Liczysz się dla Niego właśnie ty.

„Spójrzcie na niego, a zajaśniejecie i oblicza wasze nie okryją się wstydem! Ten biedak wołał, a Pan słuchał, i wybawił go z wszystkich ucisków jego. Anioł Pański zakłada obóz wokół tych, którzy się go boją, i ratuje ich. Skosztujcie i zobaczcie, że dobry jest Pan: błogosławiony człowiek, który u niego szuka schronienia! Bójcie się Pana, święci jego! Bo niczego nie brak tym, którzy się go boją. Lwięta cierpią niedostatek i głód, lecz tym, którzy szukają Pana, nie brak żadnego dobra. Pójdźcie synowie, słuchajcie mnie! Nauczę was bojaźni Pańskiej!”5.

(Cdn.)

Beata Frańczak

1 Ps 36,7. Wszystkie cytaty pochodzą z Biblii warszawskiej. 2 Jr 8,7. 3 Zob. Kol 1,1-23. 4 Zob. Hi 37,24. 5 Ps 34,6-12.