Typowo „chrześcijańska” iluzja

17

Mam przyjaciółkę, która jest prawdziwie dobrą kobietą: uczciwą, solidną, pracowitą, wykształconą i do tego jeszcze uzdolnioną artystycznie. Ma tylko jeden problem — nie akceptuje sama siebie, dopóki nie zaakceptuje jej ktoś inny.

Ale to nie wszystko. Sama akceptacja jej nie wystarczy. Potrafi bez końca upewniać się, czy ta akceptacja jest szczera, czy też jest tylko wyrazem uprzejmości. Zadaje więc pytania: „Naprawdę uważasz, że się do czegoś nadaję? Eee… tylko tak mówisz, żeby mnie nie urazić. Naprawdę?”. Pyta w kółko i w kółko. Albo mówi o sobie dużo złych rzeczy i oczekuje, aby temu zaprzeczyć.

Jak się łatwo domyślić, prędzej czy później każdy ma tych rozmów dosyć i zaczyna jej unikać. Wtedy Gosia (bo moja przyjaciółka ma na imię Gosia) oświadcza: „Od początku wiedziałam, że jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję i nikt mnie nie lubi”.

Pewnego dnia, kiedy się z nią spotkałem, postanowiłem wreszcie nie owijać spraw w bawełnę, tylko mówić wprost.

— Gosiu, twoja postawa jest skrajnie egoistyczna — powiedziałem. — Albo tę postawę porzucisz, albo zamęczysz siebie i innych. Przestań myśleć o sobie, przestań się interesować tym, co ktoś o tobie myśli, przestań myśleć, co ktoś myśli. Dostrzeż innych, ich troski, otwórz się na ich potrzeby. Nie otaczaj się murem pytania „jak mnie oceniają?”.

Wyglądała na oburzoną.

— Ja jestem egoistyczna? Ja? — nie mogła wyjść ze zdumienia. — Przecież ja o niczym innym nie myślę jak o tym, żeby nikogo nie zawieść, żeby wszyscy byli zadowoleni, żeby spełnić oczekiwania wszystkich. Nie śpię po nocach, martwię się i martwię. Chcę, żeby wszystko było dobrze. Chcę tak postępować, jak należy. Ja jestem egoistyczna? — zdumienie nie ustępowało. — Ja? Ja przecież wcale nie myślę o sobie, tylko całkowicie poświęcam się dla innych. Jak możesz mnie tak niesprawiedliwie oceniać?

— Kto się poświęca dla innych? — zapytałem niewinnie.

— Ja.

— No i masz. Twoje „ja” jest na początku. To twoje „ja” chce być zadowolone, chce się wywiązać z obowiązków, chce być pochwalone i docenione. Taka motywacja jest do niczego.

— Czyli mam się niczym nie interesować, na niczym ma mi nie zależeć? — zapytała zaczepnie.

— Moment. Nie rozpędzaj się tak. Może najpierw poszukajmy czegoś, co mogłoby być podstawą naszych intencji, fundamentem życia.

Siedzieliśmy akurat w kawiarni w centrum handlowym. Pokazałem ręką wszystko dookoła.

— Jak myślisz — zapytałem — czy to, co tu widzimy, jest trwałe, wieczne?

— Nie. Oczywiście, że nie. Jakiś czas będzie działać, potem zamieni się stopniowo w ruderę, aż wreszcie zniknie.

— To samo jest ze wszystkimi rzeczami?

— Ze wszystkimi.

— A twoje ciało? — zapytałem. — Zestarzeje się? Umrze? Zniknie?

— Tak.

— Zabierzesz coś ze sobą na tamtą stronę? Jakieś rzeczy, które można tu kupić? Samochód? Biżuterię? Eleganckie ubranie?

— Nie.

— A opinie innych ludzi? Ich pochwały? Ich akceptację?

— Też nie. Ale co to znaczy? — znów zrobiła się zaczepna. — Że na niczym ma mi nie zależeć? Ze mam się zrobić obojętna jak spróchniały pień?

— Spotkałaś się kiedyś z ideą szafarstwa? — odpowiedziałem pytaniem.

— Szafarstwa? Tak. Ale już bardzo, bardzo dawno od nikogo o tym nie słyszałam. Jakby ludzie zapomnieli.

— Chyba rzeczywiście trochę zapomnieli. Szafarstwo to idea, która uzmysławia nam, że nic nie jest tak naprawdę nasze. Niczego nie utrzymamy na własność. Ani królewskich pałaców, ani pozycji społecznej, sławy, pieniędzy, ani nawet własnego ciała. Ani tym bardziej zasobów planety. Wszystkiego mamy używać rozsądnie. Z myślą o innych. Innych ludziach, ale także zwierzętach, roślinach. Póki wydaje nam się, że to wszystko jest nasze, używamy tego bez opamiętania, łapczywie.

— Skoro wszystko jest nie tylko nietrwałe, ale nawet nie jest nasze, to dlaczego ludzie tak bardzo o to wszystko walczą, dlaczego w tej walce robią sobie tak wiele krzywdy?

— Widzisz, wygląda na to, że sporo zamieszania wprowadziła chrześcijańska idea nieśmiertelnej, oddzielonej od Boga i niezniszczalnej duszy. Tak naprawdę nie jest to idea chrześcijańska, lecz koncepcja, która przeniknęła do chrześcijaństwa z różnych pogańskich kultów. Przeniknęła tak dawno, że większość chrześcijan po prostu akceptuje ją jako coś oczywistego. Co więcej, nawet ateiści, którzy wychowali się w kulturze chrześcijańskiej, uważają za coś oczywistego istnienie swojego niepowtarzalnego i godnego wszelkiej troski „ja”. Dlatego dosłownie stają na głowie, żeby wywyższyć to „ja” pośród innych „ja”. Kariera, bogactwo, seks, sława. Zobacz, ilu rzeczy to „ja” potrzebuje, aby mogło czuć się „kompletne”. Bez pieniędzy jest nieszczęśliwe, bez sławy jest nieszczęśliwe, bez kariery jest nieszczęśliwe. Ludzie zachowują się tak, jakby to „ja” samo w sobie nie miało żadnej wartości. Jesteś tego najlepszym przykładem. Gonisz za akceptacją. Bez akceptacji popadasz w skrajną rozpacz. Chyba coś z tym ludzkim „ja” jest nie tak, co? I do tego jeszcze ten paradoks. Pogańska koncepcja stała się dzisiaj typowo „chrześcijańską” iluzją.

— Ale przecież czuję, że moje „ja” istnieje…

— E tam… — machnąłem ręką. — Czy to jest to samo „ja” co dziesięć lat temu? To samo, które będzie za dziesięć lat? Przeniesiesz je przez bramę śmierci? Razem z ludzkim szacunkiem, sukienką i stanowiskiem dyrektora do spraw marketingu?

— Nie — westchnęła Gosia — Nie przeniosę mojego „ja” przez bramę śmierci… Ale przecież czuję, że to nie jest tak jak mówisz. Że nie jest tak, że wszystko znika, że nic zupełnie nie jest trwałe. Jest coś, na czym można się oprzeć, czemu można zaufać. Jest. Na pewno jest.

— Cóż jest więc tym czymś, tym bytem, który jest stały, nie zmienia się, nie rodzi i nie umiera? Który jest wszechobecny, odwieczny, promienny i jasny?

— Bóg?

— Właśnie wracasz do domu — uśmiechnąłem się. — Jednak znaleźliśmy coś, co może być podstawą naszych intencji, fundamentem życia. Wyrzuć do śmieci to swoje bolące, nietrwałe, męcząco-egoistyczne „ja”. Pozwól, żeby cię przeniknęła promienna czystość. Ta promienność, ta czystość i świętość jest twoim fundamentem. Nie potrzebujesz akceptacji, pieniędzy i kariery, żeby być kompletna. Już jesteś kompletna.

— I co wtedy?

— Wtedy otwórz szeroko oczy, dostrzeż ludzi, którzy cię mijają i zapytaj siebie: co mogę dla nich zrobić?

Nikodem Berger

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj