Gdy bliscy odchodzą

208

Znienawidziłam raka. Zabrał mi to, co kochałam. Myślałam, że już nie wróci. Albo że jeszcze nie teraz. Jesteśmy przecież tacy młodzi. Wrócił…

Całymi dniami nie wychodziła z domu. Tak naprawdę to w ogóle nie uznawała spacerów. Wolała czytać. „W książkach można przecież przenieść się w najdalsze zakątki świata, spacerować, odkrywać, doświadczać” — mawiała. Od kiedy tylko ją pamiętam: szczupłą, z długim czarnym kokiem i zapadniętymi policzkami — praktycznie nie rozstawała się z papierosem. Papieros, dobra książka, wieczorny pasjans i rozmowy. Lubiła opowiadać. O dzieciństwie, przygodach z rodzeństwem, o wojnie, partyzantce, o tym, co przeczytała. „Musisz to przeczytać” — powtarzała mi często, a kończąc książkę, mówiła: „Świetna. Zapamiętaj ten tytuł”. Nauczyła mnie kochać książki i szukać dobra w drugim człowieku. Wierzyła tak samo, jak żyła — po swojemu. „Niektórzy ludzie są posłanymi przez Boga aniołami — mawiała. — Potrzebujemy ich i Bóg o tym wie”. Była moim aniołem. Moja babcia. Gdy miałam dziewięć lat, odeszła, a razem z nią wszystko, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa i było ostoją w trudnej rzeczywistości. „Daj mi rękę — nie boimy się, prawda? Jesteśmy razem” — mówiła, gdy widziała strach w moich oczach. Zabił ją rak. W nocy, kilka godzin przed śmiercią, płakała z bólu, krzyczała. Z mojego pokoju słyszałam, jak prosi Boga, by tak bardzo nie bolało, by się skończyło. Klęcząc na swoim łóżku, ja też prosiłam Go, żeby jej nie zabierał. Pamiętam tę modlitwę do dziś. Obiecywałam Mu wszystko, wyrzekałam się nawet tego, o czym tak bardzo marzyłam — własnego psa. Nic wtedy nie miało większego znaczenia, tylko żeby żyła. Umarła w południe, następnego dnia. Zaraz po tym, jak skończył się w telewizji niedzielny „Teleranek”. Miała 61 lat. Do dziś widzę ją w szczupłych, pomarszczonych twarzach starszych kobiet. Zabił ją rak.

* * *

Była elegancką, zadbaną kobietą, z której oczu płynęła dobroć do drugiego człowieka. Co jeszcze mogę ci dać? — zastanawiała się, przeszukując szafki w swoim mieszkaniu, gdy przyjeżdżałam do niej w odwiedziny. Może potrzebujesz krajalnicy do chleba? A taki garnek masz? Wybierz sobie kilka gumek do włosów. Wstawała codziennie z samego rana. Gimnastyka, żeby zachować figurę, o którą dbała całe życie. Potem chwila muzyki: grała i śpiewała słodkim i melodyjnym głosem swojemu Bogu. Gdy szłyśmy razem na spacer, sąsiedzi pozdrawiali ją z uśmiechem. W domu opieki, w którym pracowała, nie chcieli pozwolić jej odejść na emeryturę. „Przychodź do nas chociaż raz w tygodniu” — prosili. Jej drobna postać wnosiła tyle ciepła i miłości, że nie sposób było jej nie kochać. „Co się stało temu garnkowi?” — spytała kiedyś, trzymając w ręce mój osmolony od spodu i po bokach szybkowar. „Biedaczysko, niech się wymoczy całą noc” — powiedziała niemalże z czułością i przygotowała mu w zlewie kąpiel z bąbelkami. Zanim wstałam następnego dnia, stał już lśniący i dumny na kuchennym blacie. Dostał nowe życie. Szanowała i troszczyła się o wszystko: rzeczy, owady latające po pokoju, ludzi — tych jej bliskich i tych spotkanych przypadkiem. Dla wszystkich miała czas, nie śpieszyła się, poddenerwowana, że czegoś nie zdąży zrobić — zawsze zdążała. „Bóg dał nam czas, ale o pośpiechu nic nie powiedział” — przeczytała mi pewnego dnia swoją ulubioną sentencję. „Pamiętaj, zawsze rób to, co masz zrobić danego dnia. I ciesz się tym”. Gdy odjeżdżałam od niej tego ostatniego lata, powiedziała przy pożegnaniu: „Następnym razem zobaczymy się już w niebie”. Pamiętam, jak stała w oknie i machała nam na pożegnanie. Płakałam. Umarła kilka miesięcy później. Miała 86 lat. Moja druga babcia. Ją też zabił rak.

Odeszły dwie kobiety, które miały tak wielki wpływ na to, kim jestem. Zostały w moich myślach, w sercu. Gdy zamykam oczy, widzę je obie, tak od siebie różne, a tak mi bliskie. Znienawidziłam raka, zabrał mi to, co kochałam. Myślałam, że już nie wróci. Albo że nie teraz jeszcze. Jesteśmy przecież tacy młodzi. Wrócił. Po cichu. Nie dawał o sobie znać aż do tamtej pamiętnej wiosny.

* * *

„Mam jakieś bóle w przełyku” — powiedział, trzymając rękę na klatce piersiowej. „Może to refluks?”pytał sam siebie. Wizyta u lekarza, tabletki na żołądek, bo może zbyt dużo kwasu się wydziela. Nie pomogły. USG jamy brzusznej. Czekaliśmy około pół godziny. Wszedł do środka. Sam. Zostałam w poczekalni. Badanie miało trwać około 20 minut. Tyle czasu przeznaczono na jednego pacjenta. Minęła godzina. Nie wychodził. Trochę znudzona już spacerowałam tam i z powrotem niedługim korytarzem przychodni. Godzina piętnaście. Kolejni pacjenci czekający w kolejce zaczęli się niecierpliwić. Ja już też. Wyszedł. Powoli.

„Idziemy do samochodu” — powiedział. W samochodzie wyjął opis badania. „Mam raka. Najprawdopodobniej. Lekarka powiedziała, żebym się modlił, o to, żeby to nie było to, co jej się wydaje, że jest. Rak. Woreczek żółciowy” — mówił dalej, bez emocji.

Myślałam, że żartuje. Rak?! Mój mąż? Silny, wysportowany, dbający o zdrowie. 45 lat. Rak?! Przecież w najgorszym wypadku miały to być wrzody żołądka!

Lekarz. Skierowanie na dalsze badania. Majówka. Trzeba poczekać, aż się skończy. Prywatne wizyty, żeby było szybciej. Rezonans magnetyczny.

„Proszę się nie bać — uspokajała pielęgniarka, która prowadziła go na badanie. — Jest pan za młody, żeby umierać”.

I w końcu diagnoza: rak woreczka żółciowego z przerzutami na drogi żółciowe i wątrobę. „Nieoperacyjny” — powiedział lekarz.

„Ale będę żył?” — zapytał cicho, a może nawet bardziej stwierdził, chcąc zapewnić samego siebie, że przecież musi być jakieś rozwiązanie.

„Aż do śmierci” — odpowiedział lakonicznie doktor.

Stanęliśmy do walki z rakiem. Skoro medycyna nie może już nic zrobić, pokonamy go inaczej. Preparaty, kuracje, od Rosji po Amerykę Południową. Szpital — protezowanie, żeby żółć się nie zbierała. I znowu batalia.

„Dlaczego płaczesz? — zapytał mnie jednego z pierwszym wieczorów. — Przecież uda nam się go pokonać”.

Wierzył, że będzie żył. Śmierć byłaby zbyt absurdalna. Tyle rzeczy miał przecież jeszcze w planach. Czy Bóg tego nie wie? Czy nie prowadził go przez całe życie aż dotąd? Aż do tamtej wiosny… I dalej też będzie. Aż do końca… lata. Tamtego lata, gdy zabił go rak.

Zmieniał się z dnia na dzień. Coraz słabszy, coraz chudszy. Bolało. Bardzo. Gdy patrzyłam na śmierć mojej babci i słyszałam jej krzyk modlitwy, żeby nie bolało, myślałam, że nie można bardziej cierpieć. Można. Bardziej i dłużej. Nie mógł już mówić, tracił przytomność pod wpływem silnych leków przeciwbólowych. Dużo spał. Miał halucynacje. Nie potrafił już nawet utrzymać w rękach widelca. Nie mógł wstać z łóżka, był zbyt słaby.

Kolejna długa noc. Pełna przerażenia, że to już ostatni oddech, bo kolejny nie nadchodził tak długo. Odetchnął. Ja w ciemności razem z nim. To jeszcze nie TA chwila. Ile jeszcze godzin do rana? Nie spałam. Patrzyłam w ciemność, leżąc na łóżku, tuż obok specjalistycznego łóżka, na którym tak cicho i tak powoli oddychał mój mąż. Jego organizm był już tak wyczerpany, tak słaby; życie uchodziło powoli, ale systematycznie, każdego dnia i każdej nocy. Nagle usłyszałam cichy śpiew. Spojrzałam w stronę jego łóżka. Siedział wyprostowany. Od wielu dni nie potrafił już tego zrobić. Teraz siedział i nucił pieśń. Trwało to kilka sekund. Potem cichym, ale wyraźnym głosem powiedział: „Widziałem anioła. Jest taki piękny”. Opadł powoli na poduszkę i zasnął. Leżałam w jeszcze większej ciszy, tak wzruszającej i tak niezwykłej.

Umarł w poniedziałek, w południe. Odchodził cicho, patrząc na nas takim łagodnym wzrokiem. „Gdyż chyżo mijają, a my odlatujemy” — czytamy w psalamie1. Odleciał. Miał 45 lat. Mój mąż. Zabił go rak.

* * *

Gdy tracimy tych, których kochamy, tak wiele zmienia się w naszym życiu. Tak inaczej zaczyna ono wyglądać. My też stajemy się inni. Doświadczenie śmierci bliskiej nam osoby sprawia, że nie jesteśmy już tymi, kim byliśmy. Coś się definitywnie kończy. Nie wiem, jak można poradzić sobie z przemijaniem i poczuciem straty bez Boga. Bez Tego, który jest zawsze ten sam i nie kończą się Jego lata2. Bez świadomości, że istnieje Ktoś, kto ma władzę nad śmiercią, która tak bardzo nas przeraża. Zwłaszcza teraz, gdy choroby i wojny zabierają tylu ludzi. Bóg włożył wieczność w nasze serca3, dlatego tak bardzo nie godzimy się ze śmiercią. I On też daje nadzieję. I tym, którzy odchodzą, trzymając Go za rękę, i tym, którzy zostają i w bólu chronią się w Jego obecności. W takich chwilach możemy mieć ufność, że podnosi nas i mówi: „Nie lękaj się. Jam jest pierwszy i ostatni. I żyjący. Byłem umarły, lecz oto żyję na wieku wieków i mam klucze śmierci i piekła”4. Zakończę słowami mojej ulubionej pieśni: „Bliżej o Jezu wznieś mnie i tul, do serca swego, gdzie koi się ból”. 

Beata Baron

1 Ps 90,10. 2 Zob. Hbr 1,12. 3 Koh 3,11. 4 Ap 1,17-18.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj