Jak przeszmuglowaliśmy Biblie do Związku Radzieckiego

216

Lata osiemdziesiąte XX wieku. W ówczesnym Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich zakup Biblii w języku rosyjskim był nie lada wyczynem.

Pracowałem wówczas w Wydawnictwie „Znaki Czasu”. Którejś soboty razem z Markiem Rybakiem, moim przyjacielem i najbliższym współpracownikiem, udaliśmy się do Hajnówki na nabożeństwo w Kościele Adwentystów Dnia Siódmego. Tam spotkaliśmy pastora z Łucka, w Ukrainie, który wkrótce miał u siebie udzielać ślubu „polsko-radzieckiego”. Chłopak był z Polski, dziewczyna z Ukrainy, wtedy należącej do ZSRR. Niespodziewanie pastor zaproponował, abyśmy przyjechali do niego, bo będą mieli zjazd zborów adwentystycznych, a z zagranicy prawie nikt ich nie odwiedzał. Przy okazji bylibyśmy na ślubie i weselu.

Oficjalnie było trudno zaprosić tam przedstawicieli Kościoła z innego kraju, ale na ślub można było, zatem już wkrótce mieliśmy okazję po raz pierwszy być w kraju, który budował komunizm i w którym miał być dobrobyt, jakiego próżno byłoby szukać w krajach Zachodu. Tak nas przynajmniej uczono w polskich szkołach.

Zapytaliśmy pastora, co możemy przywieźć. Odpowiedział, że najlepiej kilka Biblii, gdyby nam się udało zdobyć i przemycić w bagażu, bo u nich zdobycie ich jest prawie niemożliwe. Powiedział, że niektórzy, aby kupić Biblię, sprzedawali krowę — tak była droga. Inni przepisywali Biblie na maszynie do pisania.

Z moim przyjacielem udaliśmy się do zaprzyjaźnionej z nami dyrektor Barbary Enholc-Narzyńskiej z Towarzystwa Biblijnego w Polsce, aby gdzieś z zagranicy sprowadziła kilka Biblii w języku rosyjskim. Gdy usłyszała naszą prośbę, uśmiechnęła się i powiedziała, że spadliśmy jej z nieba, bo ma bardzo dużo rosyjskich Biblii, również kolorowych dla dzieci, i nie wie, co z nimi zrobić, bo nikt tego nie kupuje. Załadowaliśmy nimi cały bagażnik mojego poloneza. Mieliśmy tylko jeden problem — był to towar zakazany i za taki szmugiel można było nawet stracić samochód. Powierzyliśmy jednak sprawę Bogu i wyruszyliśmy.

Granicę przekraczaliśmy od strony Białorusi, wówczas też części ZSRR. Gdy wjeżdżaliśmy na stronę radziecką, zauważyliśmy na jezdni jakieś dziwne doły. Staraliśmy się je ominąć. I wtedy wyskoczył do nas żołnierz z karabinem, wrzeszcząc: „Stoj, kuda, budu strielac!”. Okazało się, że trzeba było najechać na taki dół, który pełnił rolę kanału, gdzie wchodził żołnierz i oglądał samochód od spodu.

Po kontroli wojskowej podjechaliśmy do kontroli celnej. W duchu modliliśmy się, aby nam przepuszczono Biblie. Gdy celnik zapytał, co wieziemy, odpowiedziałem, że Biblie. „Czto? — zapytał z niedowierzaniem. — Pokażytie!”. Gdy otworzyłem bagażnik, zaniemówił. Trwało to dłuższą chwilę. Nie wiedział, co zrobić. Nam się wydawało, że to trwało wieki. Niespodziewanie zapytał, czy jedna może być dla niego. Błyskawicznie odpowiedziałem, żeby sobie wybrał, ale on rozejrzał się dookoła i powiedział, abym mu położył jedną… za pobliskim drzewem. Tak zrobiłem. Po raz kolejny okazało się, że dla Boga nie ma przeszkód, których nie dałoby się pokonać.

W tym „kraju dobrobytu” drogi były dziurawe jak szwajcarski ser, na stacjach benzynowych brakowało paliwa, a w pierwszym mieście zapłaciłem mandat, bo wjechałem w ulicę, w którą cudzoziemcom wjeżdżać nie było wolno. Również poza miastami były wyznaczone drogi dla cudzoziemców, żeby nie oglądali biedy i bałaganu. Gdy dotarliśmy na pierwszy nocleg u adwentystów, zapytaliśmy, jak mamy jechać dalej, skoro nie można kupić benzyny. Gospodarz zaprowadził nas wówczas do szopy i pokazał beczkę z dwustoma litrami paliwa. Powiedział, że u nich tak w każdym domu! W każdym domu też byliśmy mile przyjmowani, choć zastanawiało nas, dlaczego wszystkie posiłki składają się z ziemniaków i grzybów. Ano dlatego, że w sklepach prawie nic nie było. Ziemniaki hodowali w swoich ogródkach, a grzyby zbierali w lesie.

Z Łucka do Pożarek na zjazd byliśmy pilotowani przez pastora, który przed nami jechał swoją ładą. Po jakimś czasie na pewnym skrzyżowaniu niespodzianka. Na rogatce, które były na wszystkich ważniejszych skrzyżowaniach, milicjanci ładę przepuścili, a nam kazali jechać drogą dla cudzoziemców, dłuższą o siedemdziesiąt kilometrów. I wtedy Marek postanowił „przekonać” milicjantów… sprasowanymi figami. Nie były najsmaczniejsze, ale za to były ładnie opakowane. Tak dojechaliśmy na czas. Na miejscu czekało już ponad pięćset osób. Gdy zobaczyli, co przywieźliśmy, wielu płakało. Inni całowali te Biblie. Mówili, że w życiu nie otrzymali tak drogocennego prezentu. A my czytaliśmy z nimi Słowo Boże i przemawialiśmy tam przez cały dzień.

W niedzielę był ślub i wesele. Ślub, jak ślub, ale wesele… Czegoś takiego w życiu nie widziałem. Ponieważ publicznie poza budynkami sakralnymi nie można było głosić ewangelii, wykorzystywano do tego między innymi wesela. Stoły rozstawiono pod gołym niebem na osiedlu pomiędzy blokami. Ustawiono głośniki i przez kilka godzin na przemian śpiewano pieśni religijne i uczono Słowa Bożego. Ludzie z osiedla siedzieli przy otwartych oknach i słuchali tego przez cały czas trwania „wesela”. Niektórzy słuchacze przynosili nawet nowożeńcom podarunki. Bóg zawsze znajdzie sposób, aby dobra nowina o zbawieniu dotarła do ludzi! 

Bernard Koziróg