Dom utracony

301

Miał 21 lat i świat u swoich stóp — a przynajmniej tak mu się wydawało. Wreszcie udało mu się uwolnić od swoich rodziców. Miał ich serdecznie dość. Tak bardzo go ograniczali. Zabierali mu swobodę i wolność. A on był przecież dorosły. Te wszystkie zakazy i nakazy. Co to za życie?

Teraz był jednak naprawdę wolny. Sprzedał udziały w firmie, którą otrzymał od ojca i wyruszył w poszukiwaniu szczęścia. Zaczęło się wspaniale — wielkie miasto, wymarzona praca, mnóstwo przyjaciół, świetny samochód, imprezy. Poznał również swoją prawdziwą miłość. Czasami, kiedy wracał w nocy do domu, zdarzało mu się jeszcze myśleć o rodzinnym domu. Bardzo tego nie lubił, bo to przypominało mu o tym, kim był, i o zasadach, które wpajali mu rodzice. Szybko znalazł rozwiązanie — alkohol.

I właśnie wtedy, kiedy myślał, że odkrył receptę na szczęście, wszystko zaczęło się sypać. Gdy po raz trzeci przyszedł do pracy pijany, jego szef nie miał już wyjścia… A później? Wszystko posypało się jak kostki domina. Pieniądze zaczęły się kończyć. Najpierw sprzedał samochód, potem mieszkanie. Przyjaciele? Nie potrzebowali frajera, któremu nie wyszło w życiu. Wielka miłość? Pomińmy to milczeniem. Stać go było jedynie na wynajęcie małego pokoju w obskurnej dzielnicy. Praca? Szambo — dosłownie i w przenośni.

I wtedy nadszedł ten wieczór. Wieczór, który zmienił jego życie. Siedział w swoim obskurnym pokoiku i patrzył przez okno. Przypomniał sobie wspaniałe chwile z dzieciństwa. Przypomniał sobie swoich rodziców i ich bezwarunkową miłość. Przypomniał sobie dom, za którym tak bardzo tęsknił. Postanowił wrócić. Nie wiedział, co go czeka. Nie wiedział, jak zareaguje ojciec, którego tak bardzo zawiódł. Wiedział jednak, że tylko w domu może odnaleźć to, czego tak desperacko poszukiwał — szczęście.

Kiedy zbliżał się do swego domu, zobaczył najbardziej niezwykłą rzecz w swoim życiu. Jego ojciec — ojciec, którym wzgardził, ojciec, którego się wyrzekł — wybiegł mu na spotkanie. On nigdy nie zwątpił w swojego syna. Nigdy nie zamknął przed nim drogi do domu. Po prostu czekał. Czekał na ten moment.

Historia tego młodego człowieka zwanego synem marnotrawnym zapisana jest w 15. rozdziale Ewangelii Łukasza. Ilekroć do niej zaglądam, ilekroć patrzę na jej głównego bohatera — widzę siebie i swoje życie. Widzę siebie i swoje wybory. Tak jak on cały czas uciekam. Tak jak on wypełniam swoje życie tysiącem rzeczy, byle tylko nie myśleć o tej wielkiej pustce w moim sercu. Wydaje mi się, że znam receptę na szczęście: szkoła, studia, dobra praca, rodzina, dom, dzieci i jak najwięcej rzeczy — bo one pozwalają zapomnieć. Pozwalają zapomnieć o tym, że po drodze coś zgubiłem. Że zgubiłem drogę do domu. Jednak zamiast do niego wrócić, uciekam jeszcze dalej. Uciekam w pracę. Uciekam w zabawę. Uciekam w alkohol, narkotyki, seks, pornografię i inne uzależnienia. Uciekam w zazdrość, nienawiść, kłamstwo, obłudę, pychę, chciwość. Ale nawet wtedy — wtedy, gdy jestem na samym dnie — wciąż mogę wrócić do domu.

I właśnie wtedy, gdy wydaje mi się, że zrujnowałem swoje życie, że nie mogę już upaść niżej, przychodzi ten wieczór. Ten jeden wieczór, który zmienia wszystko. Zaczynam szukać drogi do domu. Siedzę sam w swoim pokoju i może po raz pierwszy zadaję to pytanie: Boże, czy Ty tam jesteś? Czy mnie słyszysz? Zaczynam się modlić. Co ja robię? Nie wiem nawet czy moje słowa trafiają do Kogoś, czy ulatują w próżnię, ale modlę się. Przez minutę, dwie, pięć, trzydzieści, godzinę. A kiedy w końcu wstaję z kolan, znam już odpowiedź na pytanie, które zadałem wcześniej. I wtedy wszystko się zmienia. Nie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie w jednej chwili. Jednak po raz pierwszy czuję, że wracam do domu. Że wreszcie znalazłem to, czego szukałem przez całe życie. Że ta wielka dziura w moim sercu została wypełniona. Jestem wolny.

Bez względu na to w jakim domu się wychowaliśmy — czy był to dom z kochającymi rodzicami, czy dom, z którego chętnie odeszliśmy — wszyscy marzymy o miejscu, do którego zawsze możemy wrócić. Wszyscy marzymy o miejscu, do którego wejdziemy bez naszych problemów. Wszyscy marzymy o takim prawdziwym, ciepłym domu. Bez względu na to, czy osiągnąłeś w życiu sukces, czy jest ono pasmem porażek, to gdzieś głęboko w sercu czujesz czasem, że to życie przecieka ci między palcami. Wypełniasz życie różnymi gadżetami i przyjemnościami, ale zawsze nadchodzi moment w którym stwierdzasz, że to za mało. Bo tak naprawdę wciąż marzysz o domu. Prawdziwym domu bez problemów, stresu, rachunków, kłótni, kłamstwa, obłudy i innych trucizn, które oferuje nam ten świat.

Jezus obiecał nam, że taki dom naprawdę istnieje. I zaprosił nas do niego. Każdego z nas.

Daniel Maikowski

[Autor jest redaktorem naczelnym oficjalnego serwisu internetowego Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego — Adwent.pl oraz młodzieżowego serwisu — Młodzi.adwent.pl].

[Wydaje mi się, że znam receptę na szczęście: szkoła, studia, dobra praca, pieniądze i jak najwięcej rzeczy — bo one pozwalają zapomnieć, że po drodze coś zgubiłem, drogę do domu…]