Ruch wahadłowy

797

Przesada w jednym wywołuje z czasem dążenie do zmiany tak silne, jak silna była przesada. Każde wahadło kiedyś odchyli się w przeciwnym kierunku. Wydaje się, że zmiana kierunku w relacjach państwowo-kościelnych już dojrzała.

Ruch wahadłowy to określenie kojarzące się z ruchem drogowym i oznacza przemienne otwieranie i zamykanie ruchu w przeciwnych kierunkach na wąskim odcinku drogi. Wtedy najpierw puszcza się samochody jadące w jednym kierunku, potem te jadące w przeciwnym. Ale pojęcie to może się też kojarzyć z ruchem wahadła, które odchylając się w jednym kierunku, osiąga w pewnym momencie punkt, w którym możliwy jest już tylko ruch w kierunku przeciwnym. Wydaje się, że w relacjach państwowo-kościelnych, a zwłaszcza państwa z jednym Kościołem, wahadło wychyliło się już tak dalece, że możliwy jest już tylko ruch w przeciwnym kierunku. Nawet jeśli władza nie widzi żadnej potrzeby zmiany, to społeczeństwo już tak, i świadczą o tym różne sondaże. 

Od satyry do rzeczywistości

W domowym archiwum mam sporo „bibuły”, jak zwano w latach 80. ulotki i broszury wychodzące nielegalnie bez ingerencji peerelowskiej cenzury. Wiedziałem, że mam tam jeden numer pisma satyrycznego „Pomruk” z 1 maja 1981 roku, a w nim znajdę satyryczną wersję programu telewizyjnego. Myślałem, że ówczesnego TVP, ale jak już znalazłem, okazało się, że to program telewizji radzieckiej. Warto sobie przypomnieć, co 1 maja miało wtedy być w tamtej telewizji: Program I, Studio Trujka. 4.30 — Początek transmisji z pochodu 1-Majowego na Placu Czerwonym w Moskwie. W przerwach: transmisja z wszechstronnego konkursu orki wierzchem, koncert półfinałowy Armii Zaprzyjaźnionych „Sojuz 84”, „Trocina w kuchni i na stole”, mecz badmintona — II tercja — powtórzenie, koncert finałowy w wykonaniu Armii Radzieckiej. 23.50 — Zakończenie transmisji z pierwszego dnia Pochodu 1-Majowego w Moskwie. 24.00 — „Międzynarodówka” w wykonaniu starych kremlowskich kurantów. Komu nie odpowiadał Program I miał do wyboru Program II, a w nim: Dzień mongolski. Powtarzam: to była satyra. 

Przypomniało mi się to, gdy we współczesnym Programie I TVP na dzień 21 lutego zobaczyłem między innymi to: 7.00 — Transmisja Mszy Świętej z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. 10.55 — Słowo na niedzielę. 11.00 — Transmisja Mszy Świętej z Jasnej Góry. 11.55 — Między ziemią a niebem — w programie podawane są najświeższe informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. 12.00 — Anioł Pański z Watykanu. 
12.15 — Między ziemią a niebem. 15.00 — Koronka do Miłosierdzia Bożego. 17.30 — Ojciec Mateusz — serial. 21.20 — Miłość i Miłosierdzie — film fabularny o siostrze Faustynie
. Tyle że tym razem to nie jest już satyra, tylko rzeczywistość — polskiego pluralizmu światopoglądowo-religijnego, co w tym wydaniu brzmi jak oksymoron, czyli zestawienie wyrazów o przeciwstawnym wykluczającym się znaczeniu. Oczywiście nie oznacza to, że inne wyznania nie są obecne w telewizji publicznej, bo są, tyle że w dawkach homeopatycznych.

Nadpodaż katolicyzmu

To tylko jeden z przejawów ewidentnej nadpodaży treści katolickich w medium publicznym, wpisujący się w szerszy obraz zajmowania przez Kościół katolicki w Polsce kolejnych obszarów życia publicznego, wchodzenia przez ten Kościół w coraz bliższe związki z państwem.

Najnowsze przykłady to wieści o obietnicy ministra edukacji i nauki pojawienia się matury z religii od 2024 roku. Obietnica ta miała paść, jak twierdzi stacja TVN24 za anonimowym urzędnikiem MEiN, w styczniu podczas spotkania ministra z przedstawicielami Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski. Potwierdzenia ze strony ministerstwa jeszcze nie ma, ale że Kościołowi katolickiemu na tym zależy, to pewne, bo pierwsze rozmowy na ten temat były prowadzone już w 2006 roku i ówczesny minister edukacji, a obecnie znany mecenas, zaręczał, że w roku 2010 matura z religii będzie już faktem. Zobaczymy, czy w 2024 roku to się stanie. Same jednak zapowiedzi są niepokojące, choćby dla mniejszości wyznaniowych, które kolejny raz zostaną o to zapytane na końcu, gdy wszelkie uzgodnienia Kościoła katolickiego z władzą świecką zostaną już poczynione.

Inny przykład to apel arcybiskupa Skworca z przełomu roku do MEiN 
o wprowadzenie obowiązkowego uczestnictwa uczniów w lekcjach religii lub etyki. I to w czasie, kiedy media donoszą o masowych rezygnacjach młodzieży z uczestnictwa w lekcjach religii. A trzeba pamiętać, że stan obecny to pełna dobrowolność — według wyboru można uczestniczyć w nauce religii lub nauce etyki, lub nie uczestniczyć ani w jednym, ani w drugim. Arcybiskup chce obowiązku. Dlaczego? Bo przewidując kolejne masowe rezygnacje z nauki religii, chciałby, aby jego Kościół miał zapewnionych ministerialnym ukazem uczniów etyki. A co za tym idzie dalszą pracę katolickich katechetów (głównie księży) na niekościelnych etatach, bo nie jest żadną tajemnicą, że nauczyciele etyki to dziś też głównie księża katoliccy. A jaką siłę przebicia się ze swoimi apelami do serca władzy ma wspomniany hierarcha, niech świadczy fakt, że to on wielokrotnie apelował do władz podczas pielgrzymek do Piekar Śląskich o ustawowo wolne niedziele w handlu. Prosił, prosił i się doprosił.

Pyrrusowe zwycięstwo

O wpływie Kościoła katolickiego na — jeśli nie prawo dotyczące aborcji w Polsce, to na jego trybunalską interpretację po swojej myśli, nie ma co wspominać, bo dla wszystkich jest to jasne. Tak jasne, że protestujący w całej Polsce momentalnie rozpoznali — przez osoby wnioskodawców decyzji Trybunału i ich polityczno-religijne afiliacje — kto jest faktycznym inspiratorem likwidacji kompromisu aborcyjnego lub co najmniej ideowym beneficjentem tej likwidacji. Ideowym, bo czy praktycznym, to się jeszcze okaże. Już bowiem widać nie tylko masowe rezygnacje z nauki religii — co świadczy o zarysowywaniu się wśród młodzieży trendu na odwracanie się od Kościoła katolickiego — ale także wzrost zainteresowania w społeczeństwie formalną apostazją z tego Kościoła. 

Za tym pyrrusowym zwycięstwem rządzących i Kościoła katolickiego w sporze o aborcję od razu pojawiły się w przestrzeni publicznej zapowiedzi kolejnych celów na drodze do uczynienia z Polski państwa w istocie wyznaniowego na modłę katolicką — likwidacji zgwałcenia jako przesłanki aborcyjnej czy likwidacji rozwodów. Pojawiające się na naszych ulicach właśnie teraz bilbordy ze zdaniem jakby ręką dziecka pisanym: „Kochajcie się, mamo i tato” to wstęp do realizacji tego ostatniego celu. 

Z chrześcijańskiego punktu widzenia zarówno rozwody, jak i aborcje to oczywiście sytuacje niepożądane, ale w wolnym i pluralistycznym społeczeństwie, gdzie etyka chrześcijańska nie jest jedynym wyznacznikiem tego, co dobre i co złe, próba podnoszenia tej etyki — zwłaszcza w jej określonym, katolickim rozumieniu — do rangi prawa, które ma obowiązywać wszystkich bez wyjątku, nie jest właściwa. Przyznał to nawet katolicki papież Franciszek, mówiąc publicznie, że państwa wyznaniowe źle kończą. 

Kościołowi katolickiemu nie pomógł wcale telewizyjny apel prezesa głównej rządzącej partii do jej członków i sympatyków o fizyczną obronę kościołów katolickich przed rzekomymi aktami wandalizmu. Rzekomymi, bo ich faktyczna liczba wobec liczby budynków kościelnych w Polsce była minimalna — niewarta w żadnej mierze apelu, który mógł się zakończyć tragicznie, przelewem na ulicach polskiej krwi, nieważne po której stronie.

A jak jeszcze sobie przypomnimy te wszystkie skandale obyczajowe i zwyczajne przestępstwa pedofilskie — że ich sprawcy w sutannach byli częstokroć 
chronieni przed odpowiedzialnością przez swoich wysokich zwierzchników kościelnych, że wielu, o ile nie większość, uniknęła kary, a nawet jeśli trafili czy trafiają przed oblicze wymiaru sprawiedliwości, to są nadzwyczaj łagodnie traktowani… Tworzy to obraz specjalnej grupy niemal poza prawem.

A na dodatek chyba wszyscy mieli możność obejrzenia reportaży telewizyjnych o setkach milionów złotych płynących falami z budżetu państwa (różnych jego ministerstw, instytucji i państwowych spółek) na wszelkie „dzieła” redemptorysty z Torunia. I to w sytuacji, gdy polska służba zdrowia dogorywa wykańczana przez COVID-19, a ludzie z braku dostępu do opieki medycznej (z braku pieniędzy i dobrej organizacji) umierają na potęgę.

Sojusz nie do zaakceptowania

Nie jest celem tego artykułu atakować en bloc katolików czy duchownych katolickich, wśród których wielu szczerze kocha Boga i bliźnich, ale zwrócenie uwagi na przekroczenie pewnych granic przez katolicki Kościół instytucjonalny do spółki z sekundującą mu władzą świecką. 

Wszystko to świadczy o tym, że sojusz ołtarza z tronem, tiary z koroną, czyli państwa z Kościołem katolickim osiągnął już poziom nieakceptowalny dla żadnego świadomego obywatela. A zwłaszcza świadomego takich zapisów, jak te Konstytucji RP o tym, że Naród Polski tworzą „wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł”, i że ci wszyscy obywatele są „równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego — Polski”. Albo zapisów o równouprawnieniu Kościołów i innych związków wyznaniowych, czy tych o bezstronności władz publicznych Rzeczypospolitej w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych oraz zapewnianiu swobody ich wyrażania w życiu publicznym. W tej samej Konstytucji czytamy też o tym, że stosunki między państwem a Kościołami i innymi związkami wyznaniowymi mają być kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego. Nie może być jednak tak, żeby rozmiar tego współdziałania państwa, zwłaszcza z jednym Kościołem, w istocie godził w pozostałe zasady — autonomii i niezależności, czyniąc z państwa instytucję w istocie zależną od Kościoła katolickiego. 

Ciągle obowiązują też zapisy ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z 1987 roku, a w niej o świeckości i neutralności państwa w sprawach religii i przekonań. To tam jest przepis o zakazie dotowania i subwencjonowania Kościołów i innych związków wyznaniowych, od której co prawda mogą istnieć ustawowo określone wyjątki, ale znów — można odnieść wrażenie, że wyjątkowe traktowanie finansowe Kościoła katolickiego przez państwo stało się już taką regułą, przy której pierwotna zasada niedotowania jest jakimś absurdalnym wyjątkiem. To w tej ustawie znajduje się nadal obowiązujący formalnie zapis o oddzieleniu Kościołów i innych związków wyznaniowych od państwa.

Rozdział potrzebny od zaraz

Nic więc dziwnego, że w przestrzeni publicznej niezwykle mocno wybrzmiewają żądania urealnienia tego rozdziału. Wielu wręcz żąda jego ustanowienia — jakby w ogóle nie istniał — choć formalnie przecież istnieje od lat. Świadczy to tylko o skali deformacji w praktyce stosowania prawa w relacjach państwowo-kościelnych. Sytuację tę dostrzegły ugrupowania opozycyjne, niemal zgodnie włączając do swych programów postulat rozdziału Kościoła od państwa.

W ramach tego rozdziału konkretnie postuluje się między innymi uregulowanie udziału urzędników państwa w obrzędach religijnych. Poza tym analizę przepływów finansowych między państwem a Kościołem, by wiedzieć, jaka instytucja państwowa ile przekazała Kościołowi katolickiemu i czy legalnie, a jak nielegalnie — trzeba będzie zwrócić. Postuluje się też zlikwidowanie Funduszu Kościelnego, z ewentualnym zastąpieniem go odpisem podatkowym, oraz likwidację etatów kapelanów w formacjach i urzędach innych niż Wojsko Polskie, policja i Straż Graniczna. Pojawiał się też pomysł na komisję do spraw pedofilii, która miałaby przygotować szczegółowy raport na ten temat, oraz na zreorganizowanie zajęć religii w szkołach tak, by o sposobie i wymiarze ich prowadzenia decydowała rada szkoły, rada pedagogiczna, rada rodziców i może nawet sami uczniowie. Są też postulaty bardziej radykalne, by religię ze szkoły w ogóle usunąć oraz wypowiedzieć Konkordat. 

Kościół katolicki długo i „ciężko pracował” na to, że dziś młodsze i średnie pokolenie zaczyna się od niego odwracać. Szkoda, że przy okazji rykoszetem nadchodzących zmian i niechęci oberwą również mniejszościowe Kościoły i inne związki wyznaniowe. Jednak zmiany są konieczne, bo tak dalej być nie może.

Olgierd Danielewicz

1 KOMENTARZ

  1. Sama lepiej bym nie wpadła na porównanie propagandy ZSRR i katolicyzmu w mediach. Co za dużo to nie zdrowo. Obecnie rządzący chcą obrzydzić ludziom tematykę wiary. Panie Olgierdzie rykoszetem rzeczywiście oberwą mniejszości wyznaniowe.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj