Polak, niczym słynny Carlos Roa, rezygnuje z kariery dla Boga

1452

Polski odpowiednik Argentyńczyka nazywa się Dariusz Ginda, mieszka w Legnicy. Jest zawodnikiem czwartoligowej Chojnowianki, choć zdaniem wielu speców od piłki z Dolnego Śląska umiejętnościami piłkarskimi dorównuje wielu piłkarzom pierwszoligowym.

Bezskutecznie starały się o niego takie zespoły jak np. Zagłębie Lubin czy Śląsk Wrocław. Bezskutecznie, bo Ginda jest adwentystą dnia siódmego — chrześcijaninem z Kościoła, który za dzień święty uznaje sobotę, będącą według biblijnej rachuby czasu dniem siódmym. Niestety dla niego, ale chyba bardziej dla polskiej piłki nożnej, wiele meczów rozgrywanych jest właśnie tego dnia. A w sobotę — według Gindy — miejsce wyznawcy Chrystusa jest w kościele na nabożeństwie; to czas dla Boga i rodziny.

Ginda zaczął jako 16-latek od bezklasowego LZS Jerzmanowice. Od pierwszych meczów strzelał gole jak na zamówienie. Stamtąd trafił do Chojnowianki, klubu ligi okręgowej. Już po roku jego klub awansował do czwartej ligi. Wyróżniał się nie tylko strzelaniem ponad 20 goli w sezonie, ale i abstynencją od alkoholu i innych używek. No i tym, że o zachodzie słońca w piątek już nie trenował i nie grał. I tak do zachodu słońca w sobotę. To biblijny sposób liczenia dnia — od zachodu do zachodu słońca.

Prezes Chojnowianki Bogdan Jóźwik jednej z gazet powiedział, że umiejętności Darka Gindy to 40 proc. wartości całego zespołu. Pewnego sezonu na dziewięć meczów, w których Ginda grał, jego zespół wygrał siedem razy. Ale z sześciu meczów wyjazdowych, gdy nie grał — drużyna wygrała tylko dwa. Doszło nawet do tego, że drużyny przeciwne specjalnie zaczęły wyznaczać mecze na soboty, by Ginda nie grał.

Umiejętności adwentysty dostrzegli sędziowie. Dali znać komu trzeba i w 1995 roku Ginda zagrał na zaproszenie pierwszoligowego Zagłębia Lubin w sparingu z Miedzią Legnica. Spisał się rewelacyjnie. Otrzymał propozycję gry, mieszkania służbowego, samochodu i takiej sumy na zagospodarowanie, od której — jak sam mówi — zakręciło mu się w głowie. Nie wyobrażali sobie tylko jednego — przekładania wszystkich meczów na niedzielę ze względu na jednego zawodnika. Dali mu dzień do namysłu. Niepotrzebnie. Od razu wiedział, że z transferu nici. Jeśli chce się żyć w zgodzie z sumieniem — mówi Ginda — to nie można ulec pokusie zostania zawodnikiem profesjonalnego klubu, którego piłkarze z założenia muszą się dostosować do reguł profesjonalnego futbolu. Potem były kolejne propozycje i z drugiej, i z pierwszej ligi (obecnie to pierwsza liga i Ekstraklasa).

Czasem — jak twierdzi — trochę żałuje, że nie wybrał kariery sportowej, pieniędzy, podróży. Ale tylko czasem. Przypomina sobie wtedy przykład argentyńskiej gwiazdy bramki Carlosa Roa, też adwentysty dnia siódmego, który dla wiary zrezygnował z transferu do Manchesteru United. W głębi duszy Darek ma satysfakcję, że pozostał wierny swojej religii. Za to jest gwiazdą w Chojnowie i Legnicy. A na życie zarabia jako monter centralnego ogrzewania. I to jest prawdziwy sport.

Andrzej Siciński